„Słodziutki. Biografia cukru” D. Korytko, J. Watoła

Cukier znamy wszyscy i niemal wszyscy go lubimy. Mimo tego, że coraz więcej wiemy o jego niekorzystnym działaniu na nasz organizm

Książka, o której mam zamiar napisać dzisiaj nie jest kolejnym poradnikiem na temat tego, w jaki sposób pozbyć się uzależnienia od „słodziutkiego”, ale przedstawia dzieje tej substancji w naszej kulturze.

I jest to coś, co naprawdę może zaskoczyć. Po pierwsze dlatego, że z pewnością nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cukier jest obecny na świecie od setek lat, ale również z tego powodu, iż wielu ludzi przez niego cierpiało lub zginęło (wiedzieliście o tym!?). No, ale zacznijmy od początku.

Początku cukru w Europie

Wraz z wyprawami morskimi, kiedy to wielu podróżników takich jak Krzysztof Kolumb lub Vasco da Gama opływali świat, w życiu europejskich elit pojawiła się pewna brązowa substancja – cukier trzcinowy. Mieszkańcy najechanych ziem w ramach gościnności lub wdzięczności dla przybyszów podarowali im coś naprawdę cennego w ich kulturze – sadzonki trzciny cukrowej. I w sumie tak można byłoby zakończyć całą historię, ponieważ wszyscy pewnie domyślają się, co wydarzyło się dalej. Nowo przybyli postanowili uprawiać trzcinę na plantacjach po to, żeby zarabiać na handlu cukrem – towarem deficytowym i zarezerwowanym jedynie dla możnych ówczesnego świata. Którzy, nie da się ukryć, mieli z nim nie lada problemy… zdrowotne. Ot taki Ludwik XIV albo królowa Elżbieta I to jedne z wielu przykładów władców, którzy uzależnieni od cukru poważnie podupadli na zdrowiu, a konsekwencje jego nadużywania ukrywali pod ubraniami, makijażami, itp.

Nie da się ukryć, że wraz z rozrastaniem się plantacji na podbitych kontynentach potrzeba było nowych rąk do pracy i żeby zapewnić pracowników „wymyślono” niewolnictwo. Jak pokazują autorzy książki, plantacje trzciny cukrowej zebrały bardzo krwawe żniwo – wielu niewolników ginęło lub zostało okaleczonych właśnie z tego powodu, że popyt na cukier ciągle rósł.

Co było potem…

Potężne koszty produkcji i dostarczania cukru z Ameryki Południowej i Północnej sprawiły, że zaczęto szukać alternatywy. Badaczom udało się wyizolować cukier biały z buraka, jednak koszty takiej produkcji były bardzo wysokie, a całe przedsięwzięcie mało opłacalne. Jednak wraz z biegiem czasu sztuka ta udawała się coraz bardziej, a cukier biały stawał się coraz bardziej powszechny – tak bardzo, że książki kucharskie zawierały dziesiątki stron poświęconych słodkościom, a sztuka przygotowywania deserów mocno się rozwinęła.

Jednak wraz z upowszechnieniem się cukru, pojawiły się choroby związane z jego nadużywaniem. Chodzi tutaj głównie o cukrzycę. Podejmując walkę z chorobą, która w początkowych latach była śmiertelna – po prostu wykańczała organizm, ponieważ nikt nie znał sposobów walczenia z nią – ludzie chwytali się różnych metod: diet, głodówek, badań oraz, w końcu, uciążliwych, ale pozwalających na jako takie życie, zastrzyków i pomiarów stężenia cukru we krwi. Ta opowieść to bardzo ważna część tej książki, ponieważ pokazuje, co nadmiar „słodziutkiego” może zrobić z organizmem i w jaki sposób badania naukowe na ten temat zostały zafałszowane lub ukryte przed opinią publiczną.

Ocena

Cóż, autorzy biografii cukru starali się pokazać, jaki wpływ na naszą kulturę miał i ma cukier. Udało im się wskazać na to, jakie zagrożenia dla zdrowia niesie za sobą jego nadużywanie, a przecież w obecnych czasach bardzo łatwo jest przedawkować cukier. W końcu dodawany jest niemal do wszystkiego, a nazw oznaczających jakiś jego rodzaj jest tak dużo, że trudno się w nich wszystkich połapać, a przed zakupem jakiegokolwiek produktu żywnościowego trzeba byłoby dokładnie przeanalizować skład.

Myślę, że dobrze, iż pojawiają się takie książki, jak ta biografia cukru. Pokazują one nie tylko pochodzenie rzeczy (przedmiotów lub substancji), które bardzo dobrze znamy, ponieważ są z nami od samego początku, ale wskazują również na to, że opinie na jego temat zmieniały się wraz z biegiem czasu i, co bardzo ważne, nie zawsze były pochlebne.

Książkę czyta się przyjemnie – jest napisana przystępnym językiem. Jednak niekiedy ma się wrażenie, że ogromna ilość faktów i dat to trochę za dużo. Zdaję sobie sprawę, że to, co otrzymaliśmy w „Słodziutkim” jest tylko wycinkiem historii cukru i gdyby ująć wszystkie wydarzenia, które wydarzyły się w związku z jego obecnością, ta książka nie miałaby tylu stron, ile ma.

Bardzo podoba mi się to, że autorzy zdecydowali się na opisanie konsekwencji przyjmowania zbyt dużych ilości cukru i metod walki z chorobami przez to wywołanymi. Szczególnie opowieść o tym, jak wielu naukowców próbowało metodami prób i błędów walczyć z cukrzycą i w jaki sposób wynaleziono insulinę. Naprawdę super!

Podsumowując, „Słodziutki. Biografia cukru” to bardzo interesująca książka, która opowiada o sporym wycinku historii naszej kultury. I mam nadzieję, że po jej lekturze niektórzy z Was zdecydują się na wyeliminowanie cukru z diety 🙂

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

pf_1531900065

Autor: Dariusz Korytko, Justyna Watoła
Tytuł: Słodziutki. Biografia cukru
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 360
Cena: 39,90 zł 

Moje sposoby na tanie książki

Książki mogą kosztować sporo. Dlatego warto szukać sposobów na tanie czytanie. Oto kilka z nich.

Patrząc na obecne ceny książek w księgarniach stacjonarnych i internetowych można dosłownie złapać się za głowę. Kiedy nie kupuje się w promocji lub w ramach jakichś zorganizowanych akcji typu „darmowa przesyłka”, cena za bycie na bieżąco z książkami jest niekiedy bardzo wysoka.

Przykład? Koszt zamówienia nowości z pewnej dobrze znanej księgarni internetowej, o zawartości tej przesyłki zresztą pisałam Wam tutaj  to około 190 złotych. Sporo jak na pięć książek i to kupionych w promocji w przedsprzedaży (nie licząc tutaj oczywiście czasu, który trzeba było odczekać na przesyłkę).

 

pf_1529827411

Książki można kupować taniej, trzeba jednak wiedzieć, w jaki sposób to zrobić. I w sumie to jest inspiracja do tego wpisu. Postanowiłam pokazać Wam, jak zaopatrywać się w literaturę i jednocześnie ograniczyć koszty swojego hobby. Zacznijmy zatem!

1. Biblioteka miejska

W moim mieście znajdują się dwa miejsca, w którym za darmo można mieć książki. To Biblioteka Miejska oraz Książnica Pomorska. W przypadku tej drugiej, jedyny koszt, jaki trzeba ponieść, to jakieś 5 złotych za wyrobienie sobie karty bibliotecznej. I tyle. Potem można wypożyczać i wypożyczać. Oczywiście, znacznym minusem jest to, że niekiedy trzeba czekać na swoje upatrzone książki przez kilka dni lub tygodni, jednak jeśli należy się do w miarę dobrej zaopatrzonej biblioteki i ma chody u bibliotekarza, wiele rzeczy można sobie załatwić. Biblioteka to najtańszy i chyba najmniej skomplikowany sposób, w jaki można załatwić sobie lekturę – zakładając, że nie przekroczymy czasu wypożyczenia. Dodatkowo upatrzone powieści można teraz w większości filii rezerwować przez internet.

2. Wyprzedaże w księgarniach

Moje ulubione. Ogólnie lubię wyprzedaże, ponieważ można na nich wyhaczyć wiele interesujących rzeczy za niewielką kwotę, a w przypadku książek obniżka może być naprawdę spektakularna. Z tego powodu dwa razy do roku bardzo wnikliwie przeglądam strony internetowe tych księgarni, które, jak dla mnie, mają najlepsze oferty. W taki sposób na początku lipca zdołałam kupić książki o wartości ponad stu złotych za 42.

Do tego oczywiście dochodzą wszelkiego rodzaju promocje w stylu „dwa za jeden” albo darmowa przesyłka powyżej iluś tam złotych. Obowiązkowo wykorzystuję możliwość obkupienia się w przeogromne ilości książek z okazji Międzynarodowego Dnia Książki, ponieważ każda księgarnia organizuje swoje własne promocje i oferty tego dnia są naprawdę atrakcyjne.

Odwiedzam zresztą nie tylko strony internetowe, ale również hipermarkety, biedronki, a także wszystkie miejsca, o których wiem, że można znaleźć książki taniej. Kiedyś zdarzyło mi się kupować powieści anglojęzyczne w second handach.

3. Przedsprzedaże

Druga moja ulubiona podstrona w księgarniach internetowych. Już na początku nowości można kupić z rabatem, zazwyczaj kwoty nie są oszałamiające. Ot, różnica 4-5 złotych, jednak przy większych zamówieniach okazuje się, że razem ta różnica składa się zazwyczaj na jedną książkę. Również tutaj porównuję ceny przedsprzedażowe na kilku stronach i możecie mi wierzyć, one nie są zawsze takie same. Zazwyczaj taka różnica wynosi parę groszy, niekiedy złotówkę w jedną lub drugą stronę i wtedy wygrywa ta, która szybciej lub w bardziej wygodny sposób dowiezie mi moje zamówienie.

4. E-booki w subskrypcjach typu Legimi lub Voblink

Wiele mówi się o tym, że taka oferta jest bardzo niekorzystna dla wydawców. Chodzi oczywiście o koszty związane z wydaniem i promowaniem książki. Nie da się ukryć, że miesięczny abonament w wysokości około 50 złotych (w promocji z czytnikiem e-booków) to gratka, ponieważ za te pieniądze daje dostęp do niezliczonej liczby książek. Ilości, którą normalnie trzeba byłoby zakupić w księgarni w formie papierowej i wydać na nią kupę kasy. Cóż, w kraju, w którym niektórzy na powieść w średniej cenie muszą pracować około 4 godzin, takie subskrypcje są bardzo dobrym rozwiązaniem, kiedy chce się, żeby ludzie czytali coś więcej niż gazetki promocyjne…

Osoby, które mają własny czytnik e-booków, mogą skierować się do bibliotek miejskich, ponieważ wiele z nich oferuje darmowy miesięczny dostęp do zasobów Legimi. W moim mieście po taki kod idzie się do najbliższej filii i zyskuje nielimitowany dostęp do ogromnej ilości książek. Z kolei Książnica Pomorska, za niewielką opłatą, daje dostęp do IBUK-a, książek online od PWN.

5. Akcje wymiany książek, swapy, book crossing, konkursy

Wszystkie akcje, w których można zakupić książki za przysłowiową złotówkę w moim mieście organizowane są regularnie przez Bibliotekę Miejską oraz Książnicę Pomorską, wystarczy jedynie regularnie śledzić ich profile na Facebooku, ponieważ to tam z wyprzedzeniem informuje się o kiermaszach. Dodatkowo, od czasu do czasu, organizuje się dodatkowe akcje, gdzie można wystawić książki na sprzedaż i zaopatrzyć się w nowe. Podobnie zresztą bookcrossing i inne atrakcje…

Innym sposobem jest branie udziału w konkursach, zarówno tych organizowanych przez wydawnictwa, jak i blogerów i instagramerów. Tutaj wybór jest naprawdę nieograniczony. Nie wspominając także o wszelkiego rodzaju akcjach promocyjnych, gdzie odpowiadając na pytania w ankietach można otrzymać za darmo książki do zrecenzowania.

W taki sposób staram się kupować taniej. A Wy? Jakie macie sposoby?

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Nowa Fantastyka nr 7 (430) 2018

Zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Z niemałym poślizgiem, ale wreszcie udało mi się przeczytać najnowszy numer „Nowej Fantastyki”. I myślę, że zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Tak, powinnam tak zrobić. Chociaż wydaje mi się, że jednak tak fajny numer zasługuje na coś więcej niż lakoniczny wpis. Zacznijmy zatem od publicystki, która tradycyjnie trzyma bardzo wysoki poziom.

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” nr 7 (430) 2018

Tradycyjnie polecam felietony mojego ulubionego autora Łukasza Orbitowskiego, który tym razem wraca do swoich wspomnień i opisuje pierwszy horror, który obejrzał w życiu. Interesująco jest również u Tomasza Kołodziejczaka oraz Rafała Kosika. Szczególnie ten ostatni, tekstem na temat pochodzenia złych książek, nieco mnie rozbawił, zasmucił i trochę zaintrygował. Przy okazji jest to temat na czasie – na kilku blogach pojawiły się już podobne wpisy. Smuci mnie nieobecność Petera Wattsa, jego katastroficzna wizja świata bardzo mnie ostatnio zainteresowała. Niezmiennie bardzo ciekawie jest w dziale z recenzjami, dzięki czemu moja kolekcja powieści do przeczytania znów powiększyła się o jakiś milion książek 🙂

Dodatkowo artykuły. Mimo iż zazwyczaj omijam teksty Marka Starosty, przepraszam!, tym razem zaintrygował mnie lead. Felieton o nowo odkrytym narządzie w naszym ciele, interstitium, podobał mi się bardzo i przewiduję, że p. Markowi przybędzie jeszcze jeden czytelnik na stronie 🙂 Wysoka ocena należy się także Joannie Wołyńskiej za tekst o wróżkach i kulturze irlandzkiej oraz Witoldowi Vargasowi za „Siedem grzechów głównych według Bestiariusza”. Nie rozumiem za to pomysłu na „Bekzorcyzmy”. Nie wiem, może taki zwyczaj panuje w Meksyku i sam opis wykorzystania coca-coli jako pomocy w egzorcyzmach rzeczywiście może być intrygujący, ale część o słowiańskim rytuale jest nieco przekombinowana i, jak mi się wydaje, niepotrzebna.

 Opowiadania

Muszę przyznać, że w tym miesiącu redakcji udała się rzecz niebywała – skłonili mnie do przeczytania wszystkich opowiadań z aktualnego numeru – od deski do deski. Oczywiście mam swoje mniej lub bardziej ulubione teksty, jednak wszystkie, od początku do końca, są rewelacyjne i bardzo różnorodne.

Gdybym miała wybrać moje ulubione opowiadanie z tego numeru, zdecydowanie wskazałabym na „Klucz Arkynesa” Bartłomieja Dzika. Dlaczego? Po pierwsze, jest to fantasy w najlepszym wydaniu, czyli: magia, czarodzieje i gildie. W dodatku jest dosyć obszerne i napisane językiem, który sprawia, że czytelnik może poczuć zew przygody 🙂

Drugim ulubionym tekstem, chociaż nie – teraz jak o nim myślę, wydaje mi się, że najlepszym ex aequo – jest „Kiedy, jeśli nie teraz” Carol Emshwiller. Opowiada o miejscowości, w której pojawiają się nowi – wysocy, jasnoocy i nieprzytomnie bogaci- mieszkańcy. To oczywiście budzi niepokój w mieszkańcach. Gorzej dzieje się, kiedy przybysze zdają się przejmować władzę nad miasteczkiem i decydować o najważniejszych dla niego kwestiach, a na koniec znikają.

Ocena

Powinnam podsumować całość jednym słowem: Mega! Tylko, kurczę, dobrej korekty nadal brak.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1531292236

5 naprawdę grubych książek,które powinniście przeczytać w te wakacje

Zawsze wydawało mi się, że wakacje to doskonały czas na to, żeby nadrobić zaległości w czytaniu. Szczególnie w momencie, kiedy na czytanie książek o naprawdę pokaźnych rozmiarach jest czas.

I właśnie z tego powodu na lato pozostawiam sobie przeczytanie lektur, które mają co najmniej 600 stron. Wierzcie mi, spędzenie wolnego czasu na czytaniu naprawdę ogromnych książek, nieśpieszne poznawanie historii i cieszenie się lub płakanie z bohaterami jest naprawdę super. Z tego powodu zresztą zdecydowałam się na przygotowanie tego rankingu. Tradycyjnie jest subiektywny i może zdarzyć się, że nie zdecydujecie się lub nie zdecydowaliście się na przeczytanie akurat tych powieści, które Wam tutaj polecam.

1. „Nędznicy” Victor Hugo

Mój niezaprzeczalny hit sprzed kilku lat. Nie da się ukryć, że ta klasyczna książka ma spore rozmiary – w edycji, którą czytałam została wydana w dwóch tomach po około 700 stron każdy. No i nie da się ukryć, że czytałam ją jakieś półtora miesiąca 🙂

O tym, że zdecydowanie warto znać historię Jeana Valjeana, byłego więźnia, oraz przygarniętej przez niego Kozety (oraz innych bohaterów tej powieści), świadczy fakt, że na jej podstawie nakręcono miniserial, świetny musical, a teatry na całym świecie wystawiają jej adaptacje nieustannie.

Nie zdradzając fabuły, bardzo zachęcam do przeczytania tej powieści, nie tylko dla samego śledzenia losów głównych bohaterów, ale również dla samego obrazu Francji i francuskiego społeczeństwa z XIX wieku.

2. „Katedra w Barcelonie” Ildefonso Falcones

Gdybym chciała oprzeć ten ranking jedynie na najgrubszych powieściach tego hiszpańskiego autora, miałabym spokojnie wiele książek do wyboru, ponieważ cechą szczególną jego twórczości, jak mi się wydaje, jest fakt, że jego książki zazwyczaj liczą sobie jakieś 1000 stron. Na szczęście są tak wciągające, że nie sposób się z nimi nudzić.

Tutaj proponuję „Katedrę w Barcelonie”, pierwszą powieść Falconesa, którą przeczytałam, niemniej jednak z pewnością znajdziecie sporą przyjemność w przeczytaniu chociażby „Ręki Fatimy”, czy „Bosonogiej królowej”.

„Katedra w Barcelonie” to jedna z najbardziej popularnych książek hiszpańskich, która do tej pory znajduje się na listach bestsellerów. Jej akcja dzieje się w połowie XIV wieku, kiedy miasto rozrasta się za sprawą nowych szlaków handlowych. W tym czasie mieszkańcy ubogiej dzielnicy decydują się na samodzielne zbudowanie katedry…

3. „Sedinum” Leszek Herman

Książka, której akcja dzieje się w moim rodzinnym mieście, oczywiście, musiała znaleźć się w tym rankingu. Opasły tom, który w moim wydaniu, na czytniku e-booków, miał grubo ponad 700 stron, opowiada historię trzech osób: architekta, dziennikarki i bogatego Anglika, których losy są splecione ze Szczecinem. Wszystko napisane zgrabnie i w interesujący sposób. Zdecydowanie dużą gratką jest tutaj połączenie wątku kryminalnego z historią mojego miasta, całego regionu, ale także idealne opisy topografii i architektury Szczecina.

Zdaję sobie sprawę, że Ci z Was, którzy tego miasta nie znają, nie będą mieli takiej frajdy z czytania jak ja. Dużo lokalnego kolorytu (np. to, dlaczego imprezy z okazji Dnia Morza nie są niczym ciekawym) może sprawić, że ta część powieści będzie mało interesująca, jednak wartka akcja i pościgi na pewno przypadną Wam do gustu.

4. „Targowisko próżności” William Makepiece Thackeray

Powieść napisana w XIX wieku pokazuje przekrój angielskiego społeczeństwa z przełomu XVIII i XIX wieku. Targowiskiem próżności autor nazywa tutaj dążenie do gromadzenia tytułów oraz dóbr materialnych. I świat ten z jednej strony może wydawać się nieco odstręczający, ale z drugiej – fascynujący.

Myślę, że warto przeczytać tę książkę ze względu na to, żeby sprawdzić, jak bardzo historia w niej opisana jest w dzisiejszych czasach aktualna. Później dodatkowo można pokusić się o obejrzenie serialu.

5. „Nie wiedzą, co czynią” Jussi Valtonen

Ci, z Was, którzy śledzą moje konto na Instagramie, mogli już przekonać się, że darzę dozgonną miłością Finlandię (kraj, nie wódkę 🙂 i wszystko, co fińskie. Z również z tego powodu zdecydowałam się umieścić wielostronicową cegłę tego fińskiego autora.

„Nie wiedzą, co czynią” to powieść o małżeństwie Finki i Amerykanina, w którym różnice kulturowe wydają się odciskać coraz większe piętno, jednak to nie ono stanowi powód jego problemów. Życie wydaje się płynąć dobrze, do czasu, aż mężczyzna dowiaduje się, że jego syn ma kłopoty.

O wartości tej książki stanowi fakt, że otrzymała ona prestiżową nagrodę Finlandia Prize.

Uff, to tyle. Albo tylko tyle, ponieważ dużych objętościowo książek w księgarniach jest mnóstwo. Napiszcie w komentarzu, jakie powieści Wy umieścilibyście w tym rankingu.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Subiektywna lista lektur – podsumowanie czerwca

Tak się złożyło, że w czerwcu udało mi się przeczytać wiele interesujących książek. O tym, co aktualnie czytam możecie dowiedzieć się na bieżąco na moim Instagramie – szukajcie mnie jako subiektywna_lista_lektur – ale nie jestem tam w stanie napisać dokładnie, co mi się podobało, a co nie. Dlatego to zestawienie.

Tak się akurat złożyło, że wszystkie przeczytane przeze mnie książki mam w formie e-booków. Stąd taka sama stylistyka, ramka czytnika i kolorki 🙂

1. „Mali bogowie 2”, Pawła Reszki

pf_1529657035

Ci z was, którzy śledzą wpisy na tym blogu, mogli dowiedzieć się nieco więcej na temat tej książki już w połowie miesiąca. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej części, ta druga opowiada o wszystkich niefajnych rzeczach związanych z naszą służbą zdrowia. Tym razem z punktu widzenia pracownika karetki, lekarzy medycyny ratunkowej oraz ratowników medycznych. Wesoło nie jest…

2. „Na skraju załamania” B.A. Paris

pf_1530695716

Druga powieść słynnej autorki „Za zamkniętymi drzwiami”. Tak samo jak w pierwszej swojej książce, bohaterką powieści uczyniła kobietę, która ma męża i która zmaga się z całym światem, żeby pokazać, że to nie z nią jest coś nie tak. Tylko że tym razem jest jeszcze gorzej, główna bohaterka podejrzewa u siebie wczesną podstać demencji, choroby, z powodu której niebezpośrednio zmarła jej matka. A „życzliwi” ludzie nie wyprowadzają jej z błędu. Minusem tej książki jest to, że niestety na to, żeby coś wreszcie zaczęło się dziać, trzeba poczekać jakieś 100 stron. Później łatwo domyślić się, kto jest winowajcą.

3. „A ja żem jej powiedziała” Katarzyny Nosowskiej

pf_1530695595

Słynna wokalistka zespołu Hey napisała książkę – poradnik-zbiór felietonów. Trudno troszkę nazwać tę niewielkich rozmiarów książeczkę. Niemniej jednak poczucie humoru, trafność wniosków z opisywanych sytuacji i garść anegdot z przeszłości sprawiają, że jest to w moim mniemaniu najlepsza pozycja, jaką czytałam w tym półroczu. Ogromne poczucie humoru, zabawa słowem są nie do przecenienia. Bardzo polecam!

4. „Starter” Lissy Price

pf_1530695785

Jest to opowieść o świecie, w którym wszyscy dorośli w wieku od 25-60 umarli z powodu wojny bakteriologicznej, a na świecie pozostały dzieci, nastolatki i seniorzy. Niestety z powodu zajmowanej przez siebie pozycji w społeczeństwie, dzieciaki, które straciły rodziców i niemające dziadków, zostały zepchnięte na margines, zmuszone do bezdomności, zdobywania jedzenia lub, i ile zostały złapane przez policję, przymuszane do robót przymusowych oraz mieszkania w czymś, co przypomina więzienie. Nastolatki mogą zarobić pieniądze, jeśli zwiążą się z firmą wynajmującą ich ciała bogatym seniorom. Wciągająca powieść.

5. „Idealne życie” Minki Kent

W mediach społecznościowych coraz więcej jest zdjęć, na których można obserwować idealne życie osób bogatych, sławnych, wpływowych. A co jeśli ich życie takie nie jest? Co jeśli za pięknymi zdjęciami czają się depresja, załamanie nerwowe, brak cierpliwości próby kontrolowania wszystkiego? Wreszcie, co jeśli jeden z naszych followersów, cierpiący na chorobę psychiczną, zdecyduje się wejść do naszego życia? Kto chce poznać odpowiedzi na te pytania, powinien koniecznie przeczytać tę książkę.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

P. S. Jakie książki Wy przeczytaliście w ubiegłym miesiącu?

Stephen King „Laurie”

Nie tak dawno na oficjalnej stronie internetowej pojawiło się najnowsze opowiadanie mistrza grozy, Stephena Kinga, pod tytułem „Laurie”. Można je nadal pobrać w formie PDF, jednak do tej pory nie zostało ono przetłumaczone na polski.

Ci, którzy znają angielski, mogą już w tej chwili wyszukać tam link do opowiadania i delektować się niemal natychmiast nowością od Kinga. Jednak osobom słabo władającym tym językiem pozostaje poszukiwanie streszczeń lub asysta wujka Google. Szczególnie z myślą o tym ostatnich postanowiłam napisać małe streszczonko 🙂

Laurie, czyli kto?

Sześć miesięcy po śmierci swojej żony, sześćdziesięciopięcioletni Lloyd Sunderland przyjmuje w swoim domu wizytę starszej o pięć lat siostry Beth. Facet nie jest w dobrym stanie, przeżywa żałobę, tęskni za żoną i nie przejmuje się zbytnio ani swoim stanem zdrowia, ani tym, że zupełnie stracił apetyt.

Siostra przywozi mu mały podarek, którym okazuje się szczeniak, mieszanka Border Collie i  Mudi. Suczka zostaje nazwana Laurie, ponieważ jest to pierwsze imię, które zaskoczonemu i niechętnemu jej przybyciu mężczyźnie przychodzi do głowy. I oczywiście zostaje w domu na okresie próbnym, co oznacza, że jeśli będzie sikać gdzie popadnie i gryźć wszystko, co dostanie w swoje łapki, zostanie w trybie natychmiastowym eksmitowana do schroniska, strasznego miejsca, w którym psy po prostu zabija się w trzy tygodnie po tym, jak do niego trafiają. Smutne.

Nie da się ukryć, że szczeniak podbija serce swojego pana, chociaż ten początkowo nie przyznaje się do tego, ukrywając przed samym sobą to, jak bardzo jego życie z Laurie zmieniło się. Mimo uciążliwości związanych z wyprowadzaniem jej kilka razy dziennie, jej wyciem w nocy i warczeniem na sąsiada, Dona. Jednak po rutynowych badaniach lekarskich i wizycie u siostry nie da się ukryć, że piesek ma bardzo pozytywny wpływ na Lloyda – jest zdrowszy i ma bardziej pozytywne nastawienie do świata. No i nie czuje się już taki samotny. Co więcej, podjął się nawet pracy dorywczej.

Aż pewnego dnia…

Lloyd i Laurie żyli sobie spokojnie przez kilka miesięcy, skupiając się na wykonywaniu codziennych, rutynowych czynności: spacerów, zakupów, pracy, lunchów w barze ze smażoną rybą i tym podobnych. Do 6 grudnia…

Tego dnia Lloyd zobaczył sąsiada Dona, który zaczynał przystrajanie domu na święta Bożego Narodzenia. W pewnym momencie Don znikł i nikt nie widział, gdzie się podział. W tym samym czasie Lloyd zabrał Laurie na spacer, w ramach którego mieli zamiar pokonać rutynową trasę, czyli przejść przez zmurszały mostek. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby od połowy trasy Lloyd nie dostrzegł śladów krwi. Krwi, która należała do jego przyjaciela i sąsiada Dona.

Co się stało? Otóż najprawdopodobniej Don wymachując laską sprowokował do ataku aligatora, pilnującego gniazda pełnego jaj. I zginął. Oszczędzę Wam makabrycznego opisu, musicie wiedzieć, że w momencie, kiedy Lloyd przyszedł w to miejsce, aligator nadal tam był i zamierzał zaatakować również i jego. No i sytuacja zaczęła wyglądać groźnie, ponieważ gad-ludojad mógł pozbawić życia i jego, i Laurie. Mężczyzna jednak przezornie wypuścił psa z rąk i kazał jej biec do domu (nie posłuchała :), ale to chyba Was nie dziwi :).

Cała sprawa oczywiście kończy się dobrze, ponieważ Lloyd resztką laski Dona odstrasza aligatora, który wpada do wody, ponieważ przegniłe deski mostku załamują się pod ciężarem jego i ciała Dona. LLoyd zwiewa gdzie pieprz rośnie i powiadamia policję. W międzyczasie zdaje sobie sprawę z tego, że Laurie trwała przy nim wiernie i nie opuściła go w momencie zagrożenia.

The end.

pf_1530011707

Moja opinia

Fajnie jest na bieżąco czytać opowiadania Stephena Kinga, jednak nie wydaje mi się, żeby było to jego najlepsze dzieło. Nie da się ukryć, że autor ma skłonność do gadulstwa – jego opisy scen są tak rozwlekłe, że czasami ma się ochotę po prostu przekartkować kilka stron w nadziei na jakieś nieco bardziej straszne momenty.

Czytając to opowiadanie miałam chwilę zwątpienia. Gdzieś w okolicach strony dwudziestej trzeciej odechciało mi się czytać, ponieważ miałam wrażenie, iż nic oprócz opisów przyjaźni emeryta ze szczeniakiem się nie pojawi. Aż tu nagle trzy ostatnie strony przyniosły niespodziankę…

Wiem, że opowiadania Kinga są różne – niektóre mniej straszne i generalnie nie zawsze mu wychodzi. Mimo to polecam „Laurie”, ponieważ przesłanie z tego tekstu płynie takie, że nawet miejsca, które bardzo dobrze znamy mogą kryć dla nas ogromne zagrożenie i zawsze lepiej obejrzeć się za siebie. To jest niestety w dzisiejszym świecie bardzo aktualne.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Ostatnie zakupy książkowe

Czyli powieści, w które zaopatrzyłam się przy okazji ostatnich zakupów książkowych. Przede wszystkim to nowości.

Wśród nich znajduje się najnowsza powieść Stephena Kinga pt. „Outsider”.

pf_1529827323

 

Następnie dwie opowieści ze świata fantasy: „Ostatni Namsara” Kristen Ciccarelli

pf_1529827411.jpg

 

a także druga część nowej sagi napisanej przez Veronicę Roth „Spętani przeznaczeniem”.

pf_1529827217

Przy okazji, wydawca określa ją „najlepszą książką autorki”, ale pierwsza część pokazała, że jest raczej słaba.

Dodatkowo wśród moich zakupów nie mogło zabraknąć Petera V. Bretta i jego „Otchłani”.

pf_1529827091

Ostatnią pozycją jest „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” popularnego blogera finansowego Michała Szafrańskiego.

Już niedługo na blogu pojawią się recenzje tych książek, także stay tuned!

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Mali bogowie” i „Mali bogowie 2”, czyli wstrząsający obraz polskiej służby zdrowia w reportażach Pawła Reszki

Reportaż to taki gatunek literacki, który musi zainteresować czytelnika. I dlatego najczęściej pokazuje sytuacje, które mają zaintrygować lub każą zastanowić się nad otaczającym nas światem.

Nic dziwnego, że Paweł Reszka na temat swoich dwóch reportaży wybrał polską służbę zdrowia. Temat jest i był nośny. Biorąc pod uwagę zmiany, propozycje ustaw i innych regulacji prawnych, będzie istotny jeszcze przez wiele lat. Dlaczego? Ponieważ w polskiej służbie zdrowia dzieje się źle, jest nieustannie niedoinwestowana, lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni są zmęczeni i zniechęceni (również warunkami finansowymi takiej pracy), a kolejne rządy nic z tym nie robią.

Powyższa opinia jest obecna w naszym kraju od wielu, wielu lat i takie książki jak „Mali bogowie” zdają się ją jedynie potwierdzać.

Reportaż wcieleniowy 

Powyższe książki to doskonałe przykłady reportażu wcieleniowego, czyli takiego, do którego wiadomości i wiedzę autor zdobywa na podstawie własnych obserwacji podczas wcielania się w kogoś innego. Staje się wtedy na przykład członkiem jakieś wspólnoty, pracownika firmy, itp. Biorąc pod uwagę takie założenia, reporter może na własne oczy zobaczyć, jak funkcjonuje dana grupa, jakie panują w niej zasady (szczególnie te niepisane). Z pewnością jest to niebezpieczne, ale również pasjonujące. A najważniejsze, że daje ogląd na sprawę taką, jaką ona w rzeczywistości jest. Nieupudrowaną, nie umniejszoną lub ubraną w ładne słowa i inne ozdobniki dla celów marketingowych. Z tego powodu, reportaż wcieleniowy ma obecnie taką wartość.

Nie da się zresztą ukryć, że po taki rodzaj relacjonowania sięga coraz więcej dziennikarzy, nie tylko tych, którzy publikują do gazet lub wydają książki, ale również telewizyjnych. Na początku roku jednym z najbardziej popularnych telewizyjnych reportaży wcieleniowych był ten na temat funkcjonowania grup neonazistów w Polsce.

Podobnie autor obydwóch części „Małych bogów” wcielił się w pracowników służby zdrowia: sanitariusza w oryginalnej książce i pracownika karetki w drugiej części. Oczywiście, oprócz notatek z rzeczywistej pracy, pojawiają się także fragmenty rozmów z lekarzami, pielęgniarkami i ratownikami medycznymi.

Obraz polskiej służby zdrowia w „Małych bogach”

Jaki jest? Tragiczny, nie tylko dla pacjentów, ale również całego personelu. Nie chodzi tutaj jedynie o warunki finansowe – prawda jest taka, że niemal w każdej branży ktoś, kto ma głowę na karku i potrafi się odpowiednio zakręcić, znajdzie dla siebie furtkę, żeby zarobić więcej. Wystarczy się jedynie rozejrzeć i nie zamykać na możliwości. Pytanie jednak pozostaje takie: czy jesteś w stanie poszukiwać nowego, kiedy jesteś zmęczony i wypalony pracą ponad siły po to, aby zapewnić sobie jakieś minimum socjalne: nie najgorsze mieszkanie, samochód i od czasu do czasu jakieś wakacje, i musisz na to harować całymi dniami? Odpowiedź brzmi: nie, a przynajmniej nie wtedy, kiedy nie masz przysłowiowego noża na gardle. Owszem, zdarzają się ludzie, którzy robią to dla pieniędzy, są chciwi i pragną mieć więcej, ale…

To, co można wyczytać w obydwóch książkach Pawła Reszki to przede wszystkim ogromne zmęczenie, zniechęcenie do pracy, wypalenie i niemoc. Niemoc dlatego, że w wielu przypadkach można pomóc pacjentom, nawet tym najbardziej roszczeniowym, ale nie ma do tego odpowiedniego sprzętu, materiałów, środków finansowych, ludzi.

No właśnie, dużo można byłoby napisać na temat naszej służby zdrowia. I to z pewnością nie tak pozytywnych rzeczy jak te, które widzi się w popularnych serialach o szpitalach. Rzeczywistość jest o wiele gorsza i taką opisuje Paweł Reszka.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Autor: Paweł Reszka
Tytuł: Mali bogowie, Mali bogowie 2
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czerwone i Czarne
Cena: 39,90 zł każda
pf_1529657035

Vogue Polska – dlaczego sobie go podaruję

Pojawienie się w Polsce Vogue na początku wiosny tego roku to jedno z tych wydarzeń, których nie można były pominąć. Z pewnością dzięki nienagannej opinii „Biblii mody”, którą ma amerykańskie wydanie, również w naszym kraju rozpoczął się szał na polski Vogue, a w internecie (szczególnie w mediach społecznościowych) zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej aranżowane zdjęcia z okładką magazynu.

Zaraz po pojawieniu się pierwszego numeru w kioskach czytelniczki rozpoczęły komentować nie tylko okładkę tego magazynu z Anją Rubik i Małgorzatą Belą na tle Pałacu Kultury i Nauki, ale również zawartość.

Pierwsze wydanie, PKiN i smutna sesja

No, nie da się ukryć, że okładka była wyjątkowo nietrafiona, bura i smutna. I mimo jej artystycznego waloru, nie spodobała się wielu osobom. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że chciała pokazać to, czego my w Polsce nie chcemy – nudy, szarości, nierównych chodników, braku słońca przez większą część roku i wielu innych rzeczy, których się wstydzimy. Ja osobiście również nie byłam fanką tego zdjęcia, nie podobało mi się – wolę uśmiechnięte celebrytki w bikini lub pięknych sukniach na tle plaży i w pełnym słońcu. Z tym zawsze kojarzył mi się Vogue, z odrobiną luksusu, której w Polsce niestety nie ma.

Tyle okładka. Problematyczna była również zawartość, pełna reklam i dziwnych sesji zdjęciowych – szczególnie tej jednej z Anją Rubik we wnętrzach Pałacu Kultury i Nauki, która w klapkach i sukni sprzątała (?) podłogę… Mało interesujące artykuły, mnóstwo reklam i nieco zaporowa, jak na polskie warunki, cena (ok. 17 zł). Uprzedzam jednocześnie w tym miejscu komentarze na temat luksusu i ceny -wiem, ile kosztuje licencja, itp. i odpowiadam od razu, że nie mam problemów, żeby zapłacić 50 zł za amerykańskiego Vogue`a. Kupuję i tyle, ponieważ otrzymuję produkt, który wart jest tej ceny. Z drugiej strony, kiedy na polskim rynku pojawił się pierwszy Harper`s Bazaar, również twierdzono, że 12 złotych to za dużo, a pismo działa do tej pory i ma się dobrze.

W przypadku polskiego wydania, kupiłam z ciekawości i zarzekałam się, że nigdy więcej. Oczywiście następnego miesiąca zmieniłam zdanie, bo na okładce była Eva Herzigova 🙂

Kolejne numery

Wydaje mi się (to moja subiektywna opinia), że wraz z pojawieniem się pierwszego numeru i negatywnymi komentarzami ze strony czytelniczek, na redakcję wylano kubeł zimnej wody. Twierdzę tak, ponieważ wraz z drugim numerem postawiono również na nieco bardziej interesującą treść. Wreszcie było co poczytać. I mam nadzieję, że taki zamysł będzie przyświecał kolejnym numerom.

Podobnie zresztą jest z następnymi wydaniami- wiele przepięknych zdjęć (redakcja utrzymuje, że polski Vogue ma być swoistym albumem o modzie i tego założenia stara się trzymać), ale pisze się coraz więcej i więcej tekstów, które (uwaga!) nie dotyczą tylko i wyłącznie idealnego wyglądu, ale są również społecznie zaangażowane. Szczególnie polecam tutaj Dwugłos z Anną Dziewit-Meller i Moniką Płatek z czwartego numeru na temat praw kobiet. Można zatem powiedzieć, że Vogue Polska zmierza w dobrą stronę…No właśnie, piszę to i pozostaje mi w głowie taka myśl, że to nie do końca jest prawda.

Moja ocena

Początkowo bardzo negatywna. Obecnie zmienia się na nieco bardziej pozytywną, ale…

  • Po pierwsze, byłam przyzwyczajona do szaty graficznej i rozkładu poszczególnych części takich, jakie można znaleźć w Vogue USA. Wiem, że wydawca każdej edycji może decydować o niektórych elementach samodzielnie, szczególnie o kierunku, w którym pójdzie pismo, jednak było to rozczarowanie.

 

  • Ponadto, błędem nie do wybaczenia był pierwszy numer – niezrozumiały, przeładowany reklamami i niepokojącymi sesjami zdjęciowymi, po prostu dziwny. Nie wiem, jak Wy, ale biorąc pierwszy numer do ręki poczułam się, jakby ktoś zrobił ze mnie pustą lalkę. A przecież, znów porównując do Vogue USA, oryginalna edycja publikuje również numery tematyczne, chociażby to dotyczące ciała kobiet i jego postrzegania albo władzy. Więc nie ma aspiracji bycia jedynie kolejnym magazynem publikującym zdjęcia bardzo drogich ciuchów i akcesoriów.

 

  • Mimo zmian, Vogue pozostaje gazetą do oglądania. Ogromna ilość zdjęć i minimalny wkład tekstów, które naprawdę można uznać za interesujące to niestety nie wystarczające, żeby przyciągnąć. Nie w momencie, kiedy lektura polskiej edycji zajmuje godzinę, ponieważ połowa tekstów traktuje o nieciekawych lub, w mojej opinii, zbyt elitarnych kwestiach. Opisy wystaw, przedstawień, które znane są tylko koneserom sprawia, że Vogue ustawia się w pozycji, z której ciężko będzie im wyjść do przeciętnych, nawet bardzo majętnych, czytelniczek.

 

Żeby nie było, że jedynie się czepiam, napiszę, że bardzo lubię dwie rubryki. Po pierwsze Vogue Styl,  gdzie przedstawia się osobistości ze świata mody i opisuje sposób, w jaki ewoluował ich styl ubierania się. Po drugie, Vogue Uroda i świetne teksty Katarzyny Straszewicz – szczególnie te, które pisze w pierwszej osobie, tworząc swego rodzaju pamiętnik pielęgnacji.

Niemniej jednak te dwie świetne sekcje nie sprawią, że jakoś wyjątkowo zmienię swoje zdanie na temat Vogue Polska. Ta edycja pozostanie dla mnie jedynie kolorowym umilaczem czasu. Po interesujące treści wracam do Vogue USA.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1529223267

Nowa Fantastyka czerwiec 2018

Trochę to trwało, ale udało mi się wreszcie przeczytać czerwcowy numer „Nowej Fantastyki”. Podejrzewam, że wielu z Was też ma tę lekturę za sobą, dlatego już na samym wstępie tego wpisu zapraszam Was do komentowania. Być może macie takie same przemyślenia, co ja. Zaczynamy!

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” 06 (429) 2018

Jak już pewnie wiecie z poprzedniego postu na temat tego czasopisma, zawsze zaczynam czytanie od tyłu, czyli od publicystyki i felietonów.

Nowa Fantastyka 05/2018

Nie inaczej było tym razem. Tradycyjnie zaczęłam od felietonu Łukasza Orbitowskiego – tym razem opisywał film „Malefique”. Niezmiernie lubię te krótkie teksty, ponieważ są pełne humoru i mimo że nie przepadam za oglądaniem horrorów – należę do osób, które są zbyt przerażone, żeby zasnąć po każdym takim seansie – to czytam. I tutaj się oczywiście nie rozczarowałam.

Bardzo podobały mi się teksty Rafała Kosika (na temat Dubaju – niesamowite miasto, swoją drogą) oraz Petera Wattsa (pisał o Wielkiej Rafie Koralowej i jej zanikaniu). Niezmiernie ciekawe. Ale ze względu na wykonywaną przeze mnie pracę (uczę angielskiego), moją szczególną uwagę przykuł felieton Tomasza Kołodziejczaka pod tytułem „Czego nas uczą? I kto?”. Nie opowiadał akurat o mojej dziedzinie, ale jednak był prawdziwy. O co chodzi? O to, że w szkołach na rożnych etapach edukacji prezentuje się wiedzę wyrywkową, niekompletną, a niekiedy po prostu nieprawdziwą. Prowadzi to do tego, że osoby średnio zainteresowane tematem uczą się dokładnie tego, co przekazuje im nauczyciel i kończą edukację z nieprawdziwymi lub niekompletnymi informacjami. I niestety, wiem to z doświadczenia, w uczeniu języków obcych też tak jest…

Poza tym, niezmiernie bogata i interesująca część związana z recenzjami. Prawdopodobnie wiele z tych książek kupię, przeczytam i zaprezentuję.

Muszę również polecić dwa artykuły, które bardzo przykuły moją uwagę. Pierwszym z nich jest „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” Witolda Vargasa, który stara się wyjaśnić, skąd wzięło się to powiedzenie i jak to się stało, że baba (mężczyzna) stał się babą w takiej wersji, w jakiej znamy ją teraz, czyli żeńskiej 🙂

Drugi artykuł opowiada o tym, skąd wziął się „Park Jurajski” , jakie były losy kolejnych części filmu i czego możemy oczekiwać w przyszłości. Trylogii?

Opowiadania

Dział polski skupił się na przedstawieniu historii, których akcja działa się „gdzieś w Afryce”. Mam zatem „Baobab” Barbary Szeląg  oraz „Korespondenta” Igora Myszkiewicza opowiadają historie, których miejscem akcji jest właśnie ten kontynent. Pierwszy tekst przytacza historię Taota, Neoli oraz Hasi, osób, które ze względu na pewne działania polityczne zostają zabrane z rodzinnej wioski. W tle jest oczywiście dążenie do pozyskania władzy, przewrót w państwie, ale także wykorzystywanie kobiet i niewolnictwo. Z kolei drugi to opowiadanie o podróżniku, korespondencie, utrzymane w steampunkowej stylistyce. Pełno w nim sterowców, kanonierek oraz innych cudów techniki.

Podobne miejsce akcji, czyli Afrykę, wybrał sobie Tadeusz Michrowski w opowiadaniu „Opowiadacz”. Krótkim i nie za bardzo wiem o czym. Nie jest to przytyk do tego autora, takie przeświadczenie miałam również w przypadku innych tekstów, które ukazały się w tym numerze. Niewiele z nich mnie zainteresowało, a jeśli już przeczytałam je do końca, co zrobiłam z czysto reporterskiego obowiązku, pozostawiły one po sobie pytanie w stylu „no i?”.

Dział zagraniczny reprezentują tym razem „Zerosi” Petera Wattsa, „Szczur” Mazarkis Williams. W przypadku pierwszego, mimo szczerego uwielbienia, którym darzę felietony autora, nie byłam w stanie przebrnąć przez to opowiadanie. Nie lubię s-f, szczególnie w wydaniu hard, i przeczytałam pierwszych pięć akapitów. Byłam jednak zachwycona „Szczurem”, mimo iż nie do końca zgadzam się z postawą Babci May, rozumiem jednak, że nie ona była tutaj główną bohaterką i jej czyny sprawiły, że młody Emil mógł przekonać się do używania magii.

Ocena

Pozytywna. Bardzo podobał mi się dział publicystyczny. Wszystkie artykuły były mniej lub bardziej interesujące, a niektóre z nich czytało się z ogromną ciekawością. Były po prostu super. Nie za bardzo jestem przekonana, czy opowiadania wybrane do działu polskiego i zagranicznego były trafione. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to gazeta dla wszystkich i zgromadzić teksty takie, żeby zadowolić każdego czytelnika jest trudno.

To, co tradycyjnie nie podoba mi się w „Nowej Fantastyce” to ogromna ilość literówek. W poprzednim miesiącu pisałam, że było ich znacznie mniej (chyba tylko jedno potknięcie, o ile pamiętam), natomiast tutaj znów jest ich dużo. Biorąc pod uwagę, że pismo jest wydawane przez poważne wydawnictwo, w którego książkach takich rzeczy zazwyczaj się nie widuje, nagminny brak korekty jest trochę nie na miejscu… I niestety zatarciu takiego negatywnego odczucia nie pomoże publikowanie niesamowitych prac Jakuba Różalskiego.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io (2)