KSIĄŻKA TYGODNIA: Pieśni wydmowej trawy Maksymilian Dzikowski

Advertisements

Nie samą fantastyką człowiek żyje. I tak mi się złożyło, że przyszło mi pisać o książce niezwykłej i czarującej. Nie jest to krwawy kryminał, ani nic, co znajdziecie na półce w Empiku wśród bestsellerów.

Ale to wcale nie znaczy, że nie jest powieść, na którą nie powinniście zwrócić uwagi. Raczej odwrotnie, w zalewie pisanych na kolanie, powielających siebie nawzajem przedstawicieli poszczególnych gatunków literackich, pojawiają się książki tak niesamowite, że aż nie można przejść obok nich obojętnie. Taka jest właśnie ta, o której piszę dziś, czyli Pieśni widmowej trawy Maksymiliana Dzikowskiego.

Jak ją odkryłam?

Prowadząc bloga często dostaję propozycje napisania kilku słów o danej książce. Niekiedy wychodzą one od wydawnictw (nie są to wpisy sponsorowane w żaden sposób) oraz od autorów. Dzięki temu miałam okazję przeczytać naprawdę świetne książki, o których istnieniu nawet nie wiedziałam.

Pieśni wydmowej trawy odkryłam także dzięki temu, że skontaktował się ze mną pan Maksymilian Dzikowski – autor. Oczywiście spytał, czy nie chciałabym przeczytać i opisać. Zgodziłam się. Uwaga, teraz będzie najlepsze! Pół orku wcześniej w moim rodzinnym mieście odbywało się spotkanie literackie w filii biblioteki miejskiej z p. Dzikowskim, na którym miałam być. Nie dotarłam, bo w tak zwanym międzyczasie zmieniły mi się plany zawodowe. Na szczęście autor poratował mnie nagraniem z wydarzenia, które również zamieszczam, żebyście mogli posłuchać o tym, w jaki interesujący sposób opowiada o realiach życia w epoce kamienia, do której nawiązuje opisywana przeze mnie książka.

Nagranie ze spotkania możecie obejrzeć tutaj KLIK

Pieśni widmowej trawy – kilka słów o książce

Jedna z wysp morza północnego jest zamieszkana przez niewielkie plemię. Jego osada to kilka chatek zbudowanych z gałęzi, traw i piasku. Społeczność ta jest bardzo tradycyjna: mężczyźni zajmują się połowami, dzięki którym zapewniają pożywienie swoim rodzinom, a kobiety wyplatają kosze i maty z miękkiej trawy. I wydawałoby się, że takie życie będą wieść zawsze, jednak pewnego dnia ta ich równowaga zostaje zakłócona przez przybycie tajemniczego mężczyzny. Człowieka ozdobionego łuską ryby.

Obcy mężczyzna zostaje powierzony opiece dziewczyny, traktowanej przez pozostałych członków społeczności jak wyrzutek. Jej status nie przeszkadza jej wprowadzać go w obyczaje, tradycje i wierzenia plemienia. To, czy obecność obcego będzie darem, czy przekleństwem dla grupy okaże się w najbliższym czasie…Na pewno ci ludzie będą musieli odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania. Takie, których nikt jeszcze nie odważył się zadać.

Morze zabiera wiele, lecz w swej hojności dwakroć tyle oddaje.

Z pewnością zastanawiacie się teraz, czy powinniście przeczytać tę książkę. Ja z kolei zapytam się Was: Lubicie baśnie? Jeśli odpowiecie twierdząco na to pytanie to jestem pewna, że jest to pozycja w sam raz dla Was, ponieważ ta powieść swoją konstrukcją i atmosferą bardzo baśnie przypomina. Chociaż nie, powinnam raczej napisać, że jest to swego rodzaju przypowieść/pieśń (w starym znaczeniu tego słowa), która opowiada o ludzie zmagającym się nie tylko z nieuchronnością i brutalnością dzikiej przyrody (na przykład zmiennością pór roku), ale także niebezpieczeństwami związanymi z pojawieniem się obcego. Bo musicie wiedzieć, że plemię to jest tradycyjną społecznością, w której każdy zna swoje miejsce i wie, czego ma się spodziewać od życia oraz innych jej członków.

To, na co powinniście zwrócić uwagę w trakcie czytania to rozbudowane opisy rytuałów odprawianych przez grupę. Mam tutaj na myśli chociażby ten związany z ponownymi narodzinami obcego i nadanie mu imienia. Jest oczywiście wiele innych, ale ten chyba najbardziej utkwił mi w pamięci. Ciekawe są także części dotyczące życia codziennego kobiet i mężczyzn (praca, połowy, tradycyjne sposoby leczenia, itp).

Poza tym jest jeszcze język, którym opisano te wydarzenia. Piękny, kwiecisty – dla mnie czytanie tej książki to była prawdziwa uczta dla umysłu. Bardzo podobało mi się przebijanie się przez kolejne opisy. Do trudnego języka jestem przyzwyczajona, ponieważ lektury dla studentów polonistyki nigdy nie są napisane prosto. Jeśli nie spotykacie się często z takim typem pisania, ta powieść może sprawić Wam nieco kłopotu. Ale gwarantuję również, że jeśli zdecydujecie się na przeczytanie, nie zmarnujecie czasu.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tej recenzji!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik) oraz Facebook (klik)

Autor: Maksymilian Dzikowski
Tytuł: Pieśni wydmowej trawy
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 328
Cena: około 36,99 złote

Chciałbyś być na bieżąco z tym, o czym piszę na blogu? Nie zapomnij o subskrypcji. Zapisz się poniżej i odbierz prezent!