Subiektywna lista lektur- podsumowanie lipca

W lipcu udało mi się przeczytać kilka bardzo ciekawych i godnych polecenia książek. Niektórym z nich poświęciłam zresztą osobne wpisy na blogu. Inne czekają na swoją minirecenzję.

Te pozycje, które opisałam w osobnych recenzjach to:

pf_1532851525

pf_1531900065

Bardzo polecam obydwie książki. Z pewnością spędzicie z nimi długie godziny i dowiecie się interesujących rzeczy. No, ale poza nimi przeczytałam jeszcze troszkę.

Co jeszcze znalazło się na mojej liście?

  • Unf*ck yourself. Napraw się Gary John Bishop

Poradnik na temat tego, w jaki sposób można naprawić swoje życie i zacząć żyć pełną piersią. A przynajmniej przestać przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Przyznam się Wam, że teoretycznie ta książka nie powinna pojawić się w tym zestawieniu, ponieważ przeczytałam jedynie 20 stron tego dzieła. Hmmm, być może później jest bardziej odkrywcza, ale mnie porady w stylu „nie lubisz swojej pracy to ją zmień” jakoś nie skłaniają do odmiany stylu życia. Nie licząc oczywiście tego, że są strasznie oklepane.

pf_1534060812

 

  • Zanim pozwolę Ci wejść Jenny Blackhurst

Wiedzieliście, że psycholodzy mogą mieć problemy ze sobą? Jeśli nie, to ten kryminał jest dla Was idealną lekturą. Trzyma w napięciu niemal do samego końca, do ostatnich linijek. Powieść opowiada o grupie trzech przyjaciółek, które próbują radzić sobie z przeszłością i teraźniejszością: jedna z nich została zgwałcona, co rzutuje na jej stosunek do mężczyzn, druga wychowuje dwójkę dzieci, a trzecia – pnie się po szczeblach kariery w poradni psychologicznej i sypia z żonatym facetem. Polecam bardzo.

  • Styl życia zero waste Amy Korst

Hmmm, na samym początku tego wpisu powinnam była uprzedzić Was, że tym razem uwzględnię także książki, które bardzo, ale to bardzo starałam się przeczytać i w ich dokończeniu nie przeszkodziły mi piekielne upały, ale ich bezsens i infantylizm. Niestety ładna okładka nie zawsze wskazuje na to, że zawartość książki będzie równie ciekawa. No i niestety tak jest także w przypadku poradnika Amy Korst, którego lekturę zakończyłam po jakiś 30 stronach (znów!). Tak, wiem, te poradniki pisane są dla Amerykanów, to jest inna kultura i inne podejście do gospodarowania odpadami. Ale to nie oznacza, że ktoś musi mi tłumaczyć tak podstawowe sprawy, jak fakt, że kartki papieru można użyć z dwóch stron. Nie i jeszcze raz nie, a szkoda, bo temat jest nośny i w obecnych czasach bardzo ważny.

pf_1534060685

To tyle. Pochwalcie się w komentarzach, jakie książki przeczytaliście w ubiegłym miesiącu 🙂

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tej recenzji!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Czytaj książki w oryginale

Czytaj książki w oryginale, bo możesz

Internet pełen jest pomysłów i gotowych technik uczenia się języków obcych, które polegają na wykorzystaniu różnych technologii: gier, aplikacji mobilnych, a nawet metod zapamiętywania w trakcie snu. Jest jednak jeden sposób, na który może pozwolić sobie każdy.

Chodzi mianowicie o czytanie książek w oryginale. I uwaga! Nie chodzi mi tutaj o wyciąganie opasłych tomiszczy napisanych trudnym językiem, których za nic nie można zrozumieć bez sprawdzania co drugiego słowa w słowniku. Nie! Czytanie, podobnie jak inne sposoby uczenia się języka, ma być oparte za zabawie i zainteresowaniu, ponieważ wtedy można bezwiednie przyswajać nowe słówka i, niekiedy, powtarzać gramatykę.

Co istotne, czytać w oryginale można na każdym poziomie, wystarczy jedynie sięgnąć po książki odpowiadające naszej znajomości języka. W księgarniach pełno jest powieści napisanych prostymi słowami wraz z oznaczeniem poziomu językowego ucznia. Najprostsze zaczynają się już od A2, czyli niemal od początku nauki, i są napisane w czasie teraźniejszym.

Z czego możesz wybrać?

Obecnie na rynku możemy wybierać z wielu pozycji. Niektóre z ich to powieści klasyczne i współczesne napisane uproszczonym językiem, oczywiście dopasowanych do poziomu uczniów. Takie książki dostępne są właściwie od poziomu A2 do zaawansowanego, zawierają słowniczek co trudniejszych słówek (zazwyczaj na końcu książki) i pozwalają zdobyć jakiś poziom kompetencji w czytaniu w języku docelowym (nie mówiąc o ogromnej motywacji do dalszej nauki). Żeby je znaleźć, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę księgarni internetowej „simplified English” lub inne hasło związane z uproszczonym językiem i można wybierać z setek pozycji, wśród których znajdują się chociażby opowiadania Edgara Allana Poe, „Dziennik Bridget Jones” i wiele innych.

Inny rodzaj książek to pozycje, które zostały specjalnie napisane po to, aby umożliwić czytelnikom uczenie się języków i powtarzanie struktur gramatycznych, które na danym poziomie powinny zostać przyswojone. Takie powieści również dają wiele frajdy z czytania – zazwyczaj są to kryminały lub horrory i z tego powodu aż chce się przeczytać kolejny rozdział. Dodatkowo mają słowniczek na końcu książki, co trudniejsze słowa są wytłumaczone na marginesach stron, a po każdym zakończonym rozdziale znajdują się ćwiczenia do tekstu lub gramatyczne. Szczerze mówiąc o wiele bardziej podobają mi się właśnie te książki. Czasami zresztą wykorzystuję je w trakcie zajęć z moimi uczniami, ponieważ pozwalają na powtórzenie niektórych rzeczy niemal w trakcie czytania interesującej historii. Tak wciągającej, że osoby, które nie przepadają za czytaniem tego typu powieści i tak nie mogą doczekać się kolejnego rozdziału 🙂

 

Od czasu do czasu w księgarniach i kioskach pojawiają się książki dwujęzyczne: jedna strona napisana jest prostym językiem obcym, a druga po polsku. Oczywiście zawierają taką samą treść. Niestety, jest ich niewiele i zazwyczaj dostępne tylko w wersji anglojęzycznej, a szkoda, ponieważ nadają się do czytania już od poziomu A2.

Jak dobrać książkę dla siebie?

Na pewno trzeba zdecydować co do tematyki, jednak taki wybór wydaje się jak najbardziej oczywisty i nie ma sensu tutaj się nad nim za bardzo rozpisywać. Ważniejszy wydaje się dobór poziomu językowego, czyli stopnia trudności języka. Tutaj mogę podrzucić Wam kilka wskazówek.

 

  • Ogólnie mówi się, że książka powinna być dobrana w taki sposób, żebyście rozumieli około 80-90% słownictwa. Chodzi o to, żeby nie sprawdzać co drugiego lub trzeciego słowa w słowniku, ponieważ wtedy nie tylko nie skupiacie się na tym, co jest ważne, czyli treści lektury, ale dodatkowo demotywujecie się.

 

  • Jeśli korzystacie z podręcznika do nauki języka obcego, poziom językowy, dla którego jest przeznaczony zazwyczaj oznaczony jest gdzieś w górnym rogu i to może być dla Was wskazówka. Chociaż niekiedy zdarza się, że podręcznik dobierany jest „niżej”, ponieważ pewne obszary językowe wymagają dużej poprawy. Miałam w swojej karierze ucznia, który nie miał problemu z czytaniem skomplikowanych artykułów w języku obcym, ale z punktu widzenia mówienia i gramatyki został zdiagnozowany na tylko B1.

 

  • Wasz nauczyciel pomoże Wam określić poziom, od którego powinniście zacząć.

 

  • Jeśli uczycie się sami, w Internecie można znaleźć wiele testów diagnozujących online. Ich wypełnienie też będzie pomocne.

 

Czytanie jest super, a poznawanie treści książek w oryginale daje wiele radości i zachęca do dalszej nauki. Ja bardzo lubię czytać po angielsku. A Wy? Czytacie w oryginale? W jakich językach?

pf_1532245885.jpg

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Słodziutki. Biografia cukru” D. Korytko, J. Watoła

Cukier znamy wszyscy i niemal wszyscy go lubimy. Mimo tego, że coraz więcej wiemy o jego niekorzystnym działaniu na nasz organizm

Książka, o której mam zamiar napisać dzisiaj nie jest kolejnym poradnikiem na temat tego, w jaki sposób pozbyć się uzależnienia od „słodziutkiego”, ale przedstawia dzieje tej substancji w naszej kulturze.

I jest to coś, co naprawdę może zaskoczyć. Po pierwsze dlatego, że z pewnością nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cukier jest obecny na świecie od setek lat, ale również z tego powodu, iż wielu ludzi przez niego cierpiało lub zginęło (wiedzieliście o tym!?). No, ale zacznijmy od początku.

Początku cukru w Europie

Wraz z wyprawami morskimi, kiedy to wielu podróżników takich jak Krzysztof Kolumb lub Vasco da Gama opływali świat, w życiu europejskich elit pojawiła się pewna brązowa substancja – cukier trzcinowy. Mieszkańcy najechanych ziem w ramach gościnności lub wdzięczności dla przybyszów podarowali im coś naprawdę cennego w ich kulturze – sadzonki trzciny cukrowej. I w sumie tak można byłoby zakończyć całą historię, ponieważ wszyscy pewnie domyślają się, co wydarzyło się dalej. Nowo przybyli postanowili uprawiać trzcinę na plantacjach po to, żeby zarabiać na handlu cukrem – towarem deficytowym i zarezerwowanym jedynie dla możnych ówczesnego świata. Którzy, nie da się ukryć, mieli z nim nie lada problemy… zdrowotne. Ot taki Ludwik XIV albo królowa Elżbieta I to jedne z wielu przykładów władców, którzy uzależnieni od cukru poważnie podupadli na zdrowiu, a konsekwencje jego nadużywania ukrywali pod ubraniami, makijażami, itp.

Nie da się ukryć, że wraz z rozrastaniem się plantacji na podbitych kontynentach potrzeba było nowych rąk do pracy i żeby zapewnić pracowników „wymyślono” niewolnictwo. Jak pokazują autorzy książki, plantacje trzciny cukrowej zebrały bardzo krwawe żniwo – wielu niewolników ginęło lub zostało okaleczonych właśnie z tego powodu, że popyt na cukier ciągle rósł.

Co było potem…

Potężne koszty produkcji i dostarczania cukru z Ameryki Południowej i Północnej sprawiły, że zaczęto szukać alternatywy. Badaczom udało się wyizolować cukier biały z buraka, jednak koszty takiej produkcji były bardzo wysokie, a całe przedsięwzięcie mało opłacalne. Jednak wraz z biegiem czasu sztuka ta udawała się coraz bardziej, a cukier biały stawał się coraz bardziej powszechny – tak bardzo, że książki kucharskie zawierały dziesiątki stron poświęconych słodkościom, a sztuka przygotowywania deserów mocno się rozwinęła.

Jednak wraz z upowszechnieniem się cukru, pojawiły się choroby związane z jego nadużywaniem. Chodzi tutaj głównie o cukrzycę. Podejmując walkę z chorobą, która w początkowych latach była śmiertelna – po prostu wykańczała organizm, ponieważ nikt nie znał sposobów walczenia z nią – ludzie chwytali się różnych metod: diet, głodówek, badań oraz, w końcu, uciążliwych, ale pozwalających na jako takie życie, zastrzyków i pomiarów stężenia cukru we krwi. Ta opowieść to bardzo ważna część tej książki, ponieważ pokazuje, co nadmiar „słodziutkiego” może zrobić z organizmem i w jaki sposób badania naukowe na ten temat zostały zafałszowane lub ukryte przed opinią publiczną.

Ocena

Cóż, autorzy biografii cukru starali się pokazać, jaki wpływ na naszą kulturę miał i ma cukier. Udało im się wskazać na to, jakie zagrożenia dla zdrowia niesie za sobą jego nadużywanie, a przecież w obecnych czasach bardzo łatwo jest przedawkować cukier. W końcu dodawany jest niemal do wszystkiego, a nazw oznaczających jakiś jego rodzaj jest tak dużo, że trudno się w nich wszystkich połapać, a przed zakupem jakiegokolwiek produktu żywnościowego trzeba byłoby dokładnie przeanalizować skład.

Myślę, że dobrze, iż pojawiają się takie książki, jak ta biografia cukru. Pokazują one nie tylko pochodzenie rzeczy (przedmiotów lub substancji), które bardzo dobrze znamy, ponieważ są z nami od samego początku, ale wskazują również na to, że opinie na jego temat zmieniały się wraz z biegiem czasu i, co bardzo ważne, nie zawsze były pochlebne.

Książkę czyta się przyjemnie – jest napisana przystępnym językiem. Jednak niekiedy ma się wrażenie, że ogromna ilość faktów i dat to trochę za dużo. Zdaję sobie sprawę, że to, co otrzymaliśmy w „Słodziutkim” jest tylko wycinkiem historii cukru i gdyby ująć wszystkie wydarzenia, które wydarzyły się w związku z jego obecnością, ta książka nie miałaby tylu stron, ile ma.

Bardzo podoba mi się to, że autorzy zdecydowali się na opisanie konsekwencji przyjmowania zbyt dużych ilości cukru i metod walki z chorobami przez to wywołanymi. Szczególnie opowieść o tym, jak wielu naukowców próbowało metodami prób i błędów walczyć z cukrzycą i w jaki sposób wynaleziono insulinę. Naprawdę super!

Podsumowując, „Słodziutki. Biografia cukru” to bardzo interesująca książka, która opowiada o sporym wycinku historii naszej kultury. I mam nadzieję, że po jej lekturze niektórzy z Was zdecydują się na wyeliminowanie cukru z diety 🙂

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

pf_1531900065

Autor: Dariusz Korytko, Justyna Watoła
Tytuł: Słodziutki. Biografia cukru
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 360
Cena: 39,90 zł 

Moje sposoby na tanie książki

Książki mogą kosztować sporo. Dlatego warto szukać sposobów na tanie czytanie. Oto kilka z nich.

Patrząc na obecne ceny książek w księgarniach stacjonarnych i internetowych można dosłownie złapać się za głowę. Kiedy nie kupuje się w promocji lub w ramach jakichś zorganizowanych akcji typu „darmowa przesyłka”, cena za bycie na bieżąco z książkami jest niekiedy bardzo wysoka.

Przykład? Koszt zamówienia nowości z pewnej dobrze znanej księgarni internetowej, o zawartości tej przesyłki zresztą pisałam Wam tutaj  to około 190 złotych. Sporo jak na pięć książek i to kupionych w promocji w przedsprzedaży (nie licząc tutaj oczywiście czasu, który trzeba było odczekać na przesyłkę).

 

pf_1529827411

Książki można kupować taniej, trzeba jednak wiedzieć, w jaki sposób to zrobić. I w sumie to jest inspiracja do tego wpisu. Postanowiłam pokazać Wam, jak zaopatrywać się w literaturę i jednocześnie ograniczyć koszty swojego hobby. Zacznijmy zatem!

1. Biblioteka miejska

W moim mieście znajdują się dwa miejsca, w którym za darmo można mieć książki. To Biblioteka Miejska oraz Książnica Pomorska. W przypadku tej drugiej, jedyny koszt, jaki trzeba ponieść, to jakieś 5 złotych za wyrobienie sobie karty bibliotecznej. I tyle. Potem można wypożyczać i wypożyczać. Oczywiście, znacznym minusem jest to, że niekiedy trzeba czekać na swoje upatrzone książki przez kilka dni lub tygodni, jednak jeśli należy się do w miarę dobrej zaopatrzonej biblioteki i ma chody u bibliotekarza, wiele rzeczy można sobie załatwić. Biblioteka to najtańszy i chyba najmniej skomplikowany sposób, w jaki można załatwić sobie lekturę – zakładając, że nie przekroczymy czasu wypożyczenia. Dodatkowo upatrzone powieści można teraz w większości filii rezerwować przez internet.

2. Wyprzedaże w księgarniach

Moje ulubione. Ogólnie lubię wyprzedaże, ponieważ można na nich wyhaczyć wiele interesujących rzeczy za niewielką kwotę, a w przypadku książek obniżka może być naprawdę spektakularna. Z tego powodu dwa razy do roku bardzo wnikliwie przeglądam strony internetowe tych księgarni, które, jak dla mnie, mają najlepsze oferty. W taki sposób na początku lipca zdołałam kupić książki o wartości ponad stu złotych za 42.

Do tego oczywiście dochodzą wszelkiego rodzaju promocje w stylu „dwa za jeden” albo darmowa przesyłka powyżej iluś tam złotych. Obowiązkowo wykorzystuję możliwość obkupienia się w przeogromne ilości książek z okazji Międzynarodowego Dnia Książki, ponieważ każda księgarnia organizuje swoje własne promocje i oferty tego dnia są naprawdę atrakcyjne.

Odwiedzam zresztą nie tylko strony internetowe, ale również hipermarkety, biedronki, a także wszystkie miejsca, o których wiem, że można znaleźć książki taniej. Kiedyś zdarzyło mi się kupować powieści anglojęzyczne w second handach.

3. Przedsprzedaże

Druga moja ulubiona podstrona w księgarniach internetowych. Już na początku nowości można kupić z rabatem, zazwyczaj kwoty nie są oszałamiające. Ot, różnica 4-5 złotych, jednak przy większych zamówieniach okazuje się, że razem ta różnica składa się zazwyczaj na jedną książkę. Również tutaj porównuję ceny przedsprzedażowe na kilku stronach i możecie mi wierzyć, one nie są zawsze takie same. Zazwyczaj taka różnica wynosi parę groszy, niekiedy złotówkę w jedną lub drugą stronę i wtedy wygrywa ta, która szybciej lub w bardziej wygodny sposób dowiezie mi moje zamówienie.

4. E-booki w subskrypcjach typu Legimi lub Voblink

Wiele mówi się o tym, że taka oferta jest bardzo niekorzystna dla wydawców. Chodzi oczywiście o koszty związane z wydaniem i promowaniem książki. Nie da się ukryć, że miesięczny abonament w wysokości około 50 złotych (w promocji z czytnikiem e-booków) to gratka, ponieważ za te pieniądze daje dostęp do niezliczonej liczby książek. Ilości, którą normalnie trzeba byłoby zakupić w księgarni w formie papierowej i wydać na nią kupę kasy. Cóż, w kraju, w którym niektórzy na powieść w średniej cenie muszą pracować około 4 godzin, takie subskrypcje są bardzo dobrym rozwiązaniem, kiedy chce się, żeby ludzie czytali coś więcej niż gazetki promocyjne…

Osoby, które mają własny czytnik e-booków, mogą skierować się do bibliotek miejskich, ponieważ wiele z nich oferuje darmowy miesięczny dostęp do zasobów Legimi. W moim mieście po taki kod idzie się do najbliższej filii i zyskuje nielimitowany dostęp do ogromnej ilości książek. Z kolei Książnica Pomorska, za niewielką opłatą, daje dostęp do IBUK-a, książek online od PWN.

5. Akcje wymiany książek, swapy, book crossing, konkursy

Wszystkie akcje, w których można zakupić książki za przysłowiową złotówkę w moim mieście organizowane są regularnie przez Bibliotekę Miejską oraz Książnicę Pomorską, wystarczy jedynie regularnie śledzić ich profile na Facebooku, ponieważ to tam z wyprzedzeniem informuje się o kiermaszach. Dodatkowo, od czasu do czasu, organizuje się dodatkowe akcje, gdzie można wystawić książki na sprzedaż i zaopatrzyć się w nowe. Podobnie zresztą bookcrossing i inne atrakcje…

Innym sposobem jest branie udziału w konkursach, zarówno tych organizowanych przez wydawnictwa, jak i blogerów i instagramerów. Tutaj wybór jest naprawdę nieograniczony. Nie wspominając także o wszelkiego rodzaju akcjach promocyjnych, gdzie odpowiadając na pytania w ankietach można otrzymać za darmo książki do zrecenzowania.

W taki sposób staram się kupować taniej. A Wy? Jakie macie sposoby?

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Subiektywna lista lektur – podsumowanie czerwca

Tak się złożyło, że w czerwcu udało mi się przeczytać wiele interesujących książek. O tym, co aktualnie czytam możecie dowiedzieć się na bieżąco na moim Instagramie – szukajcie mnie jako subiektywna_lista_lektur – ale nie jestem tam w stanie napisać dokładnie, co mi się podobało, a co nie. Dlatego to zestawienie.

Tak się akurat złożyło, że wszystkie przeczytane przeze mnie książki mam w formie e-booków. Stąd taka sama stylistyka, ramka czytnika i kolorki 🙂

1. „Mali bogowie 2”, Pawła Reszki

pf_1529657035

Ci z was, którzy śledzą wpisy na tym blogu, mogli dowiedzieć się nieco więcej na temat tej książki już w połowie miesiąca. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej części, ta druga opowiada o wszystkich niefajnych rzeczach związanych z naszą służbą zdrowia. Tym razem z punktu widzenia pracownika karetki, lekarzy medycyny ratunkowej oraz ratowników medycznych. Wesoło nie jest…

2. „Na skraju załamania” B.A. Paris

pf_1530695716

Druga powieść słynnej autorki „Za zamkniętymi drzwiami”. Tak samo jak w pierwszej swojej książce, bohaterką powieści uczyniła kobietę, która ma męża i która zmaga się z całym światem, żeby pokazać, że to nie z nią jest coś nie tak. Tylko że tym razem jest jeszcze gorzej, główna bohaterka podejrzewa u siebie wczesną podstać demencji, choroby, z powodu której niebezpośrednio zmarła jej matka. A „życzliwi” ludzie nie wyprowadzają jej z błędu. Minusem tej książki jest to, że niestety na to, żeby coś wreszcie zaczęło się dziać, trzeba poczekać jakieś 100 stron. Później łatwo domyślić się, kto jest winowajcą.

3. „A ja żem jej powiedziała” Katarzyny Nosowskiej

pf_1530695595

Słynna wokalistka zespołu Hey napisała książkę – poradnik-zbiór felietonów. Trudno troszkę nazwać tę niewielkich rozmiarów książeczkę. Niemniej jednak poczucie humoru, trafność wniosków z opisywanych sytuacji i garść anegdot z przeszłości sprawiają, że jest to w moim mniemaniu najlepsza pozycja, jaką czytałam w tym półroczu. Ogromne poczucie humoru, zabawa słowem są nie do przecenienia. Bardzo polecam!

4. „Starter” Lissy Price

pf_1530695785

Jest to opowieść o świecie, w którym wszyscy dorośli w wieku od 25-60 umarli z powodu wojny bakteriologicznej, a na świecie pozostały dzieci, nastolatki i seniorzy. Niestety z powodu zajmowanej przez siebie pozycji w społeczeństwie, dzieciaki, które straciły rodziców i niemające dziadków, zostały zepchnięte na margines, zmuszone do bezdomności, zdobywania jedzenia lub, i ile zostały złapane przez policję, przymuszane do robót przymusowych oraz mieszkania w czymś, co przypomina więzienie. Nastolatki mogą zarobić pieniądze, jeśli zwiążą się z firmą wynajmującą ich ciała bogatym seniorom. Wciągająca powieść.

5. „Idealne życie” Minki Kent

W mediach społecznościowych coraz więcej jest zdjęć, na których można obserwować idealne życie osób bogatych, sławnych, wpływowych. A co jeśli ich życie takie nie jest? Co jeśli za pięknymi zdjęciami czają się depresja, załamanie nerwowe, brak cierpliwości próby kontrolowania wszystkiego? Wreszcie, co jeśli jeden z naszych followersów, cierpiący na chorobę psychiczną, zdecyduje się wejść do naszego życia? Kto chce poznać odpowiedzi na te pytania, powinien koniecznie przeczytać tę książkę.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

P. S. Jakie książki Wy przeczytaliście w ubiegłym miesiącu?

Poradniki o minimalizmie, czyli jak nauczyć się czerpać przyjemność z posiadania mniej

Ten temat chodził za mną już od jakiegoś czasu. Od dawna czytam poradniki lub książki filozoficzne, które swoją tematyką skupiają się na minimalizmie. Nie mam tutaj na myśli Marie Kondo i jej „Magię sprzątania” , bo jakoś mnie nie wciągnęła. Serio, nie rozumiem fenomenu tej książki. Może dlatego, że nie lubię sprzątać 🙂 Jednak jakiś czas temu natknęłam się na książkę Leo Babauty pod tytułem (oczywiście) „Minimalizm”. Chociaż nie, najpierw były artykuły w różnych gazetach i opinie zbulwersowanych, że jak to mało rzeczy i w ogóle. Tymczasem książka Baubuty to kwintesencja tego, o czym w minimalizmie chodzi. Ale do rzeczy…

Minimalizm, czyli co?

Słownikowo to nic innego tylko „ograniczenie do minimum potrzeb, dążeń i wymagań (Słownik Języka Polskiego”. Natomiast w różnych źródłach dotyczących tego nurtu można dowiedzieć się, że jest to postawa, która może być obecna niemal w każdej dziedzinie naszego życia i która może dotyczyć na przykład ograniczania posiadanych przez siebie rzeczy, redukcję posiadanych przez siebie rzeczy oraz/lub zwiększenie stopnia swojej samowystarczalności. Chodzi tutaj o to, żeby nie utożsamiać zadowolenia i satysfakcji z życia z posiadanymi przez siebie przedmiotami. Oczywiście minimalista nie musi ograniczać się do posiadania określonej liczby rzeczy (np.jak to było marcowym „Elle” do ograniczenia garderoby do 33 sztuk ubrań), ale takim życiu, aby nasz dobytek stanowiły rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne do przeżycia. Czyli na przykład liczba sztućców odpowiadająca rzeczywistym potrzebom zamiast zastawy dla pułku wojska.

To, co jest istotne w minimalizmie to przede wszystkim przeświadczenie o tym, że nadmiar prowadzi nas do nieszczęścia. I to dosłownego, ponieważ posiadając zbyt wiele przedmiotów jesteśmy przytłoczeni ich liczbą. Autorzy często starają się z resztą dowieść, że mając mniej i przebywając w nieprzeładowanych pomieszczeniach będziemy czuć się lepiej. Rezygnacja z pewnego stylu życia, opartego na konsumpcji, nie tylko ma pomóc nam mieć mniej, ale również zadbać o zasobność naszego portfela, ponieważ kupowanie mniej oznacza mniejsze wydatki. Idąc dalej tym tropem, mniejsze potrzeby przekładają się na niższe koszty życia, co bezpośrednio prowadzi do zredukowania czasu, który potrzebujemy spędzić w pracy, żeby zarobić na wszystkie kredyty i naszą niepohamowaną chęć posiadania więcej i więcej. W zamian można poświęcić się pracy dla społeczności, swojej rodziny, a nadwyżkę pieniędzy wydać na niezbędne produkty, które charakteryzują się wysoką jakością, doskonałym wykonaniem lub pozwolą nam na gromadzenie doświadczeń.

Te podręczniki minimalizmu powinieneś przeczytać

20180512_164248

Oto kilka książek na temat minimalizmu, które, jak mi się wydaje, podają najwięcej informacji na temat tego, w jaki sposób zacząć i jak organizować swoje nowe życie. Oczywiście lista jest jak najbardziej subiektywna i może zdarzyć się, że polecane przeze mnie pozycje mogą Wam nie podpasować.

  • Leo Babauta „Minimalizm-żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną”

Moja pierwsza książka dotycząca minimalizmu, którą przeczytałam po prostu z ciekawości. Chciałam dowiedzieć się, o co chodzi i dlaczego tyle osób się tym nurtem interesuje. Ta pozycja jest podstawą dla wszystkich, którzy tak jak ja poszukiwali lub poszukują informacji na ten temat. Mimo że liczy sobie niecałe 150 stron, jest skondensowana pod względem treści i przekazuje informacje na temat ograniczania się niemal w każdej dziedzinie życia: zakupów, zmniejszania liczby posiadanych przez siebie przedmiotów, kwestii finansowych, a nawet organizowania ikonek na pulpicie komputera! Babauta jest guru minimalistów, a jego blog odwiedza non stop kilka tysięcy ludzi. Warto uczyć się od najlepszych.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym”

Jest to odpowiedź na to, w jaki sposób dopasować rady z amerykańskich poradników do polskich realiów. Nie wiem, czy Wy również macie to odczucie, że niektóre z nich totalnie nie dają się zastosować w Polsce – nasze realia niekiedy są bardzo różne. Natomiast tutaj pojawia się książka, która mówi dokładnie o tym, jakie problemy może napotkać na swojej drodze minimalista mieszkający w naszym kraju. I co ważne, rozprawia się ze stereotypami, w tym słynnym posiadaniem jedynie 33 rzeczy. Warta polecenia po tym, jak zdobędziecie już podstawową wiedzę.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym”

Taak. Wahałam się bardzo, czy umieścić tę książkę w zestawieniu, ponieważ w moim mniemaniu nie wnosi ona zbyt wiele do zagadnienia minimalizmu. Skupia się raczej na przedstawieniu życia osób mieszkających w Polsce, które zdecydowały się świadomie na uproszczenie swojego życia. Jednak jest ona jedną z niewielu pozycji na ten temat, które zostały napisane typowo z myślą o polskich minimalistach. Powiedziałabym jednak, że jest to pozycja dla fanów filozofii, a nie przewodnik/podręcznik.

  • Regina Wong ” Uwolnij przestrzeń”

Niewielkich rozmiarów książka na temat minimalizmu stała się jedną z moich ulubionych lektur ostatnio. Zawiera wszystko to, czego mogłabym spodziewać się o książce, której zadaniem jest odmienić czyjeś życie. Napisana jest w ładny i spokojny sposób (nie wiem, czy mogę w taki sposób to określić, ale autorka naprawdę pisze tak, że człowiek się uspokaja), do wywodu dochodzą cytaty słynnych osób związanych z tym nurtem oraz ćwiczenia do wykonania samodzielnie, np. sprzątania, oraz do przemyślenia. Bardzo ją polecam.

Podejrzewam, że nie są to wszystkie książki o minimalizmie, które zostały napisane i które powinnam przeczytać. Wydaje mi się, że to właśnie z nich będziecie w stanie wyciągnąć najwięcej treści.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

„Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho

Od bardzo dawna nie proponowałam Wam żadnej książki, dlatego nadrabiam zaległości. Mój wybór padł właśnie na „Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho, ponieważ jej tematyka jest ściśle związana z tym, moimi zainteresowaniami (oczywiście oprócz książek), czyli podaje przepis na to, w jaki sposób wyglądać i poczuć się lepiej.
Co można w niej znaleźć?
Chciałabym napisać, że wszystko, ponieważ tym zdaniem tak na dobre można podsumować to, co się w niej znajduje. Bardzo dużo informacji o Korei jako państwie oraz o koreańskiej kulturze – dla mnie akurat ta część nie była istotna, dlatego ostatni rozdział pominęłam. Natomiast pozostała część to ogromna skarbnica wiedzy na temat pielęgnacji i zdrowego trybu życia.
Zaczynamy od określenia swojego typu skóry, to bardzo ważne, po to, aby dowiedzieć się o sposobie jej pielęgnacji. Bardzo istotne dla mnie było stwierdzenie, że w rytuale pielęgnacyjnym Koreanki dobierają kosmetyki do faktycznych potrzeb i problemów, z którymi się borykają – a nie do wieku skóry. Biorąc pod uwagę to, co wmawiają nam niektórzy producenci, jest to ważne odkrycie. Aby móc wybrać odpowiednie kosmetyki, dostajemy listę składników oraz sposób ich działania – dla mnie ogromny plus. Do tego mnóstwo informacji na temat zdrowego stylu życia.
Rytuał pielęgnacyjny Koreanek
Najważniejszym elementem tej książki jest oczywiście słynny rytuał pielęgnacyjny Koreanek, dzięki któremu można wyglądać młodziej i lepiej. Podany krok po kroku wraz z instrukcją jak wykonać masaż twarzy – rewelacja. Ja od trzech miesięcy, czyli od czasu, kiedy pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę, korzystam z tego rytuału i jestem zachwycona rezultatami. Z pewnością za niedługo podzielę się z Wami moimi obserwacjami w osobnym poście.
Bardzo ciekawy jest opis kosmetyków koreańskich, tych najskuteczniejszych i najpopularniejszych. Osobiście nie miałam wielu okazji do ich wypróbowania, ale tym razem się skuszę 🙂 Podejrzewam, że na pierwszy rzut pójdzie Tony Molly – ich opakowania są bardzo zabawne.
Podsumowując, jest to bardzo dobra książka dla tych, którzy pielęgnację i dbanie o swoje ciało traktują serio. Lista składników i solidna porcja wiedzy jest rzetelna i co najważniejsze podana w interesujący sposób.
Autor: Charlotte Cho
Tytuł: Sekrety urody Koreanek. Elementarz Pielęgnacji
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 225
Cena: 36,90 zł

„Szczęśliwa skóra” Adina Grigore

W obecnych czasach bardzo ważny jest dla nas piękny wygląd, zdrowe ciało i przede wszystkim idealna skóra. Z tego powodu staramy się inwestować w siebie: odpowiednie kosmetyki oraz zabiegi, które mają nam w tym wszystkim pomóc. Ale co jeśli to, co robimy ma odwrotny skutek i zamiast gładkiej skóry, kosmetyki powodują jeszcze więcej wyprysków, pieczenie i swędzenie, ponieważ zawierają składniki, które nie są korzystne dla naszego ciała, czyli szkodzą. Taką tezę stawia w swojej książce pt. „Szczęśliwa skóra” Adina Grigore i podaje swój przykład.

Autorka pisze, że od zawsze miała ogromne problemy skórne, na które nie pomagały żadne leki oraz kosmetyki. Było odwrotnie, maść zapobiegająca np. wypryskom drażniła skórę w innym miejscu i powodowała swędzenie, pękanie naskórka oraz inne dolegliwości.  Do czasu aż wymęczona Adina postanowiła odstawić je zupełnie, aby sprawdzić, co dokładnie nam szkodzi i to wyeliminować. W ten sposób można uleczyć się samodzielnie. Prosta sprawa.

Jak rozpoznać, co szkodzi?

Program poprawienia swojej skóry składa się tak na dobrą sprawę z dwóch etapów. Po pierwsze obserwowania tego, co się je i jego wpływu na naszą skórę oraz sprawdzenie, które kosmetyki są dla nas niedobre. Sposób jest prosty. Wystarczy przez kilka dni – minimum 3- zapisywać wszystko, co się je i dodawać uwagi na temat pojawiających się niedoskonałości oraz naszego samopoczucia. W tym czasie powinniśmy zauważyć, co jest nie tak z naszą dietą i wyeliminować składniki, które nie są korzystne. W moim przypadku to była czekolada :/, kawa oraz naturalnie fast foody. Po takiej obserwacji musimy wytrzymać bez tych produktów przetrzymać jakiś miesiąc i zacząć ponownie je wprowadzać, oczywiście stopniowo i pojedynczo. Jeśli po ich zjedzeniu będziemy czuć się źle, znaczy, że tego elementu należny unikać.

Podobna obserwacja jest zalecana w przypadku kosmetyków, Tutaj też zapisujemy wszystkie użyte produkty i eliminujemy coś, co sprawia, że wyglądamy źle. W tym miejscu Grigore podaje tabele składników, których bezwzględnie należy unikać wraz z ich nazwami handlowymi. Okazuje się, że wiele z nich znajduje się w popularnych kosmetykach – kiedy zrobiłam przegląd swojej kosmetyczki momentalnie nawróciłam się na te ekologiczne 🙂 Chociaż, jak pisze Adina Grigore, na słowo „ekologiczne” i „naturalne” należy uważać….

Dlaczego warto przeczytać?

Przede wszystkim, aby nabyć świadomość, że nie wszystko, co kupujemy w sklepach, znajduje się tam dla naszego dobra. Wiele z substancji w kosmetykach nam szkodzi, ponieważ nasze ciało nie ma siły pozbywać się trucizn, które nakładamy na siebie codziennie i z tego powodu wyglądamy źle. To stwierdzenie jest oczywiste, jeśli chodzi o jedzenie, ale nie każdy uświadamia sobie, że tak samo może być z kosmetykami. Dla kogoś, kto ma czas na produkowanie własnych kremów, autorka zamieszcza sprawdzone przepisy.

Ja zapamiętałam z tej książki wiele informacji. Przede wszystkim to, że nie zawsze warto wierzyć reklamie, która oferuje cuda i że czasami naprawdę dobre kosmetyki mogą kosztować grosze (kto przeczyta książkę, będzie wiedział, o co chodzi 🙂

Autor: Adina Grigore

Tytuł: Szczęśliwa skóra

Tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska

Wydawnictwo: Galaktyka

Ilość stron: 315

Cena: 36,90 zł

Czy warto czytać książki blogerek? 3 recenzje

Ostatnio coraz więcej na naszym rynku wydawniczym pojawia się książek, których autorkami są blogerki. No, nie da się ukryć, że blogi mają znaczny wpływ na to, w co się ubieramy, jakich używamy kosmetyków i co czytamy. Z tego też powodu, w przypadku niektórych nieco bardziej popularnych twórców, pojawiają się oferty napisania książki z danej tematyki. I tak się właśnie dzieje. Pytanie tylko pozostaje takie, czy to, co dostajemy to jeszcze jest książka, czy raczej swego rodzaju album ze zdjęciami…

 

old-1130731_1920

Moje 3 recenzje 

Swoją przygodę z poradnikami (ponieważ w większości przypadków to są właśnie poradniki) rozpoczęłam z książką „Love Style Life” Garance Dore, która jest popularną blogerką modową. I ku mojemu zdziwieniu otrzymałam grubą pozycję, na pięknym papierze i z ogromną liczbą zdjęć. Treści, czyli tego, co powinno znajdować się w książce, było niewiele. Ot, trochę historii z życia blogerki, głównie o tym, w jaki sposób zaczynała swoją przygodę z blogowaniem, oraz kilka porad (żeby nie było) – o tym, co warto założyć na siebie w danej okoliczności i jak zadbać o skórę. Z racji tego, że byłam przyzwyczajona do powieści, czyli treści z dużą ilością literek, przeczytanie jej pozostawiło niedosyt. Ot, taka literatura, żeby mieć co przeczytać w trakcie (krótkiej) podróży pociągiem i się nie zmęczyć.

Podobne odczucia miałam w przypadku lektury książki Pernille Teisbaek „Dress Scandinavian”. Przeczytałam ją bodajże w 4 godziny. Na szczęście od dawna planowałam zmianę stylu na nieco bardziej minimalistyczny, skandynawski, dlatego kwestia ubierania się jak Skandynawka była dla mnie interesująca. Książka Pernille zawiera wiele wskazówek co do tego, jakie wzory i materiały wybierać, żeby wyglądać minimalistycznie właśnie w stylu Dunek. Do tego dochodzi nieodzowna sekcja związana z urodą. Poradnik zawiera wiele zdjęć, jest zorganizowany w sposób minimalistyczny. nawet jego okładka wygląda jak z książek, które drukowane były w latach 90. ubiegłego wieku (trochę to rozczarowujące). Treści oczywiście niewiele, jednak i tak jest jej więcej i jest też o wiele bardziej interesująco niż w przypadku Garance Dore.

Dla porównania zestawiam tutaj poradnik Make Photography Easier Katarzyny Tusk, również blogerki i… muszę stwierdzić, że jestem pozytywnie zaskoczona. Oczywiście, nie ilością zdjęć, ponieważ również tutaj jest ich bardzo dużo, ale przede wszystkim wiedzą zawartą w tym poradniku. Mimo jego niewielkich rozmiarów (jakieś 150 stron), książka składa się na wiele działów i informacji, które zdają się być przydatne zarówno dla nowicjuszy, jak i osób nieco bardziej zaawansowanych w kwestii robienia bardzo ładnych zdjęć, ale poszukujących inspiracji. W porównaniu do poprzednich dwóch książek, które opisałam w tym poście, jest to pozycja, za którą stoją wiedza i doświadczenie. Oczywiście, nie ujmując nic autorkom, nie kwestionuję tutaj tego, co robią, jednak te poradniki na temat ubrania i urody wydają mi się po prostu powierzchowne i niepoważne.

Dlaczego powinieneś sięgnąć po poradnik napisany przez blogerkę? 

No właśnie, dlaczego? Postarałam się zebrać kilka argumentów za.

  • Nie lubisz czytać regularnych poradników, a wolisz skondensowane treści i przykłady w formie zdjęć,
  • Poszukujesz wiedzy aktualnej i dostosowanej do potrzeb social media,
  • Szukasz krótkiej lektury na temat interesujących Cię treści, która doskonale spełni swoje zadanie w pociągu lub autobusie,
  • Masz swoją ulubioną blogerkę lub blogera i chcesz dowiedzieć się nieco więcej na temat początków jej blogowania oraz po prostu cenisz jej/jego pracę.

 

Nie powinieneś brać się za te książki, jeśli: 

  • Lubisz powieści,
  • Nie podobają Ci się książki z przewagą zdjęć lub obrazków,
  • (niekiedy) poszukujesz głębszej analizy i wiedzy,
  • Szukasz poradnika, który będzie liczył więcej niż 150 stron.

 

Czy Wy czytacie poradniki napisane przez blogerki? Podzielcie się opinią w komentarzach!

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Francuzki nie potrzebują liftingu” Mireille Guiliano

Francuzki nie potrzebują liftingu dowiedziałam się wiosną tego roku i z racji tego, że byłam na etapie poszukiwania odpowiedniego sposobu pielęgnacji skóry w obawie przed pierwszymi zmarszczkami, zdecydowałam się kupić tę książkę i ją przeczytać. I niestety muszę Wam się przyznać, że się rozczarowałam, ponieważ nie otrzymałam przepisu na to, jak dbać o siebie w stylu Francuzek. To, co wyczytałam, to garść wskazówek typu „moja koleżanka, która ma 60 lat opala się co roku” albo „inna koleżanka od 40 lat używa olejku arganowego”… Czyli w sumie nic ciekawego. Dlatego chciałabym Was przestrzec przed sięgnięciem po tę książkę. Może okazać się, że po prostu stracicie na nią czas i pieniądze. Nie warto, serio.

 

ad1a6-soap-1735715_1920

 

Żeby nie było, że tylko się czepiam to w tym miejscu muszę jednak zauważyć, że idea poradnika dla pań starszych niż 30-latki jest super. Ta książka jest kierowana głównie do nich. A z racji tego, że takich podręczników dla naszych mam nie ma wielu, jest to strzał w dziesiątkę. Jednak, co mam zrobić ja, 30-latka, kiedy czytam, że pani lat sześćdziesiąt parę powinna albo się opalać, albo nie i ubierać w to i w to. Nie wiem, a wskazówki na okładce nie było.

Skoro już mowa o ubieraniu się, ta książka zawiera sporo informacji o tym, jak wyglądać dobrze i stosownie do każdej okazji dla osób w wieku 50+. Listy ubrań, które powinny mieć oraz możliwe ich zestawienia – doskonałe! Do tego miniporadnik savoir vivre, też OK.

 

6f2d6-bath-balls-1617472_1920

 

 

Podsumowując, Francuzki nie potrzebują liftingu to ciekawa książka, okraszona wieloma anegdotkami z życia autorki oraz jej przyjaciółek, ale niestety nie podaje gotowych przepisów w żadnym obszarze ważnym dla kobiet, o którym pisze. Czy warto przeczytać tę książkę? Nie wiem, ja odstawię ją na półkę i wrócę do niej za jakieś 20 lat.

Autor: Mirelle Guilliano
Tytuł: Francuzki nie potrzebują liftingu
Tłumaczenie: Dorota Gruszka
Wydawnictwo: Znak Nowa Litera
Ilość stron: 536
Cena: 34,90 zł
P.S. Po więcej informacji na temat książek, zapraszam Was na moje konto na Instagramie (klik). Tam znajdziecie codziennie trochę o info o tym, co obecnie czytam.
Pozdrawiam,
Ania