Nowa Fantastyka 08 (431) 2018

Uff, mimo wykańczających upałów udało mi się wreszcie przeczytać nowy numer „Nowej Fantastyki”. Bardzo pozytywną rzeczą jest w nim z pewnością to, że wreszcie na każdym kroku nie natykałam się na literówki.

Czego możecie spodziewać się po sierpniowej Nowej Fantastyce? Sporo dobrej publicystyki, świetne recenzje i opowiadania (Harlana Ellisona, Jacka Komudy). No i wydaje mi się, że na tym mogę zakończyć recenzję, ponieważ czasopismo pod względem zawartości trzyma wysoki poziom. Do tego znakomity wybór opowiadań o różnej długości (Komuda i Valentine należą do tych najdłuższych) i mamy gotowy przepis na świetne upalne popołudnie.

Publicystyka

Na ogromne wyróżnienie zasługuje tekst Witolda Vargasa „Legendarz od alkowy”. Autor w humorystyczny, ale przy tym niezwykle ciekawy, sposób opowiada o tak zwanych momentach w legendach słowiańskich. Jeśli interesują Was wodniki, utopce, rusałki oraz inne byty, których zadaniem było uwieść i wykorzystać Bogu ducha winnych śmiertelników, ten artykuł to zdecydowanie coś dla Was. Zresztą muszę w tym miejscu zauważyć, że Vargas trzyma poziom – wszystkie jego teksty są ciekawe i zachęcają do sięgnięcia po dodatkowe lektury. Super, tak trzymać!

Tradycyjnie zachwyciłam się felietonem Łukasza Orbitowskiego, który zrecenzował film pod tytułem „Pumpkinhead”. Już nawet zaczęłam rozglądać się za tym horrorem. Do moich ulubionych muszę dorzucić również tekst Tomasza Kołodziejczaka „Nasi milusińscy kosmici”, w którym stara się udowodnić, że dzieci to kosmici, którzy przybywają na Ziemię i prowadzą na niej badania (i stąd te wszystkie pytania spod znaku po co? i dlaczego?). Ciekawe i naprawdę zabawne.

Opowiadania

W tym numerze pojawiają się lepsze i gorsze historie (w mojej opinii, oczywiście). Zacznijmy od Jacka Komudy i jego „Hordy”. Mimo że słyszałam o tym autorze bardzo pochlebne opinie, to opowiadanie było moim pierwszym zetknięciem z jego twórczością. Wiem, że opisuje historię z elementami fantastyki, nadając wydarzeniom z przeszłości alternatywne zakończenie. Podobnie było zresztą i w tym opowiadaniu. Król Lazar toczy wojnę z obcym plemieniem, miałam wrażenie, że wzorowanym na Turkach, w którym ginie, a jego rycerze zostają albo zabici, albo oddani do niewoli. Ratuje się tylko niewielu, ci, którzy uciekają z pola bitwy lub na nie nawet nie trafiają. Jest to jedno z dwóch najdłuższych opowiadań i muszę przyznać, że nie należy do moich ulubionych.

W sekcji polskiej pojawił się również „Grabieżnik” Piotra Zawady. Jest to tekst o… no właśnie o czym? O stworzeniu, które się przeistacza w coś. I tyle. Krótkie opowiadanie o nie wiadomo czym i jak dla mnie zapchaj dziura (przepraszam, upał był jak czytałam i może nie zrozumiałam jego sensu/drugiego dna).

„Dwoje przy huśtawce” Krzysztofa Adamskiego to najprawdopodobniej odpowiedź na to, co mogłoby się stać, gdybyśmy ludzki mózg umieścili w ciele robota. Czy jest to jeszcze człowiek, czy maszyna bez uczuć. Co jeśli pojawią się jego wspomnienia z poprzedniego życia, tęsknota lub inne emocje? U Adamskiego zakończenie jest ponure.

Sekcja prozy zagranicznej składa się na opowiadania Harlana Ellisona, Paula McAuleya i Genevieve Valentine. 

„Żywy i zdrowy w samotnej podróży” Ellisona opublikowano w NF już po śmierci autora. Jak zauważa redakcja, jest to rodzaj pożegnania z twórcą. Tekst mówi o fragmencie podróży, którą odbywa Ćma – człowiek złamany przez życie, po nieudanym małżeństwie z o wiele młodszą od niego kobietą. O tym, co się stało opowiada przygodnie poznanym osobom, z którymi przesiaduje w barze. Opowiadanie jest nieoczywiste i pozostawia czytelnikowi wolność interpretacji.

Paul McAuley i jego „Elfy z Antarktyki” to opowieść o krainie, w której ludzie badają lady zamieszkiwane przez mamuty, dinozaury i inne stworzenia tak jakby wielkie zderzenie Ziemi z meteorytem nigdy nie miało miejsca. Jest to jedyne opowiadanie, którego nie skończyłam. Zirytowało mnie swoim bezsensem.

„Z Themis każdy pisze listy do domu” Genevieve Valentine opowiada o ludziach, którzy zostali wybrani do testowania nowej gry. Jednak oni myśleli, że fizycznie znajdują się na nowej planecie i ich zadaniem jest ją stworzyć: ukształtować teren, zadbać o pogodę, atmosferę i zadbać o odpowiednią florę i faunę. Cynizm twórców gry i walka oszukanych beta testerów to dodatkowe smaczki. Polecam, warto przeczytać.

Ocena

Podoba się, oj podoba 🙂

pf_1533456622

Nowa Fantastyka nr 7 (430) 2018

Zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Z niemałym poślizgiem, ale wreszcie udało mi się przeczytać najnowszy numer „Nowej Fantastyki”. I myślę, że zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Tak, powinnam tak zrobić. Chociaż wydaje mi się, że jednak tak fajny numer zasługuje na coś więcej niż lakoniczny wpis. Zacznijmy zatem od publicystki, która tradycyjnie trzyma bardzo wysoki poziom.

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” nr 7 (430) 2018

Tradycyjnie polecam felietony mojego ulubionego autora Łukasza Orbitowskiego, który tym razem wraca do swoich wspomnień i opisuje pierwszy horror, który obejrzał w życiu. Interesująco jest również u Tomasza Kołodziejczaka oraz Rafała Kosika. Szczególnie ten ostatni, tekstem na temat pochodzenia złych książek, nieco mnie rozbawił, zasmucił i trochę zaintrygował. Przy okazji jest to temat na czasie – na kilku blogach pojawiły się już podobne wpisy. Smuci mnie nieobecność Petera Wattsa, jego katastroficzna wizja świata bardzo mnie ostatnio zainteresowała. Niezmiennie bardzo ciekawie jest w dziale z recenzjami, dzięki czemu moja kolekcja powieści do przeczytania znów powiększyła się o jakiś milion książek 🙂

Dodatkowo artykuły. Mimo iż zazwyczaj omijam teksty Marka Starosty, przepraszam!, tym razem zaintrygował mnie lead. Felieton o nowo odkrytym narządzie w naszym ciele, interstitium, podobał mi się bardzo i przewiduję, że p. Markowi przybędzie jeszcze jeden czytelnik na stronie 🙂 Wysoka ocena należy się także Joannie Wołyńskiej za tekst o wróżkach i kulturze irlandzkiej oraz Witoldowi Vargasowi za „Siedem grzechów głównych według Bestiariusza”. Nie rozumiem za to pomysłu na „Bekzorcyzmy”. Nie wiem, może taki zwyczaj panuje w Meksyku i sam opis wykorzystania coca-coli jako pomocy w egzorcyzmach rzeczywiście może być intrygujący, ale część o słowiańskim rytuale jest nieco przekombinowana i, jak mi się wydaje, niepotrzebna.

 Opowiadania

Muszę przyznać, że w tym miesiącu redakcji udała się rzecz niebywała – skłonili mnie do przeczytania wszystkich opowiadań z aktualnego numeru – od deski do deski. Oczywiście mam swoje mniej lub bardziej ulubione teksty, jednak wszystkie, od początku do końca, są rewelacyjne i bardzo różnorodne.

Gdybym miała wybrać moje ulubione opowiadanie z tego numeru, zdecydowanie wskazałabym na „Klucz Arkynesa” Bartłomieja Dzika. Dlaczego? Po pierwsze, jest to fantasy w najlepszym wydaniu, czyli: magia, czarodzieje i gildie. W dodatku jest dosyć obszerne i napisane językiem, który sprawia, że czytelnik może poczuć zew przygody 🙂

Drugim ulubionym tekstem, chociaż nie – teraz jak o nim myślę, wydaje mi się, że najlepszym ex aequo – jest „Kiedy, jeśli nie teraz” Carol Emshwiller. Opowiada o miejscowości, w której pojawiają się nowi – wysocy, jasnoocy i nieprzytomnie bogaci- mieszkańcy. To oczywiście budzi niepokój w mieszkańcach. Gorzej dzieje się, kiedy przybysze zdają się przejmować władzę nad miasteczkiem i decydować o najważniejszych dla niego kwestiach, a na koniec znikają.

Ocena

Powinnam podsumować całość jednym słowem: Mega! Tylko, kurczę, dobrej korekty nadal brak.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1531292236

Vogue Polska – dlaczego sobie go podaruję

Pojawienie się w Polsce Vogue na początku wiosny tego roku to jedno z tych wydarzeń, których nie można były pominąć. Z pewnością dzięki nienagannej opinii „Biblii mody”, którą ma amerykańskie wydanie, również w naszym kraju rozpoczął się szał na polski Vogue, a w internecie (szczególnie w mediach społecznościowych) zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej aranżowane zdjęcia z okładką magazynu.

Zaraz po pojawieniu się pierwszego numeru w kioskach czytelniczki rozpoczęły komentować nie tylko okładkę tego magazynu z Anją Rubik i Małgorzatą Belą na tle Pałacu Kultury i Nauki, ale również zawartość.

Pierwsze wydanie, PKiN i smutna sesja

No, nie da się ukryć, że okładka była wyjątkowo nietrafiona, bura i smutna. I mimo jej artystycznego waloru, nie spodobała się wielu osobom. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że chciała pokazać to, czego my w Polsce nie chcemy – nudy, szarości, nierównych chodników, braku słońca przez większą część roku i wielu innych rzeczy, których się wstydzimy. Ja osobiście również nie byłam fanką tego zdjęcia, nie podobało mi się – wolę uśmiechnięte celebrytki w bikini lub pięknych sukniach na tle plaży i w pełnym słońcu. Z tym zawsze kojarzył mi się Vogue, z odrobiną luksusu, której w Polsce niestety nie ma.

Tyle okładka. Problematyczna była również zawartość, pełna reklam i dziwnych sesji zdjęciowych – szczególnie tej jednej z Anją Rubik we wnętrzach Pałacu Kultury i Nauki, która w klapkach i sukni sprzątała (?) podłogę… Mało interesujące artykuły, mnóstwo reklam i nieco zaporowa, jak na polskie warunki, cena (ok. 17 zł). Uprzedzam jednocześnie w tym miejscu komentarze na temat luksusu i ceny -wiem, ile kosztuje licencja, itp. i odpowiadam od razu, że nie mam problemów, żeby zapłacić 50 zł za amerykańskiego Vogue`a. Kupuję i tyle, ponieważ otrzymuję produkt, który wart jest tej ceny. Z drugiej strony, kiedy na polskim rynku pojawił się pierwszy Harper`s Bazaar, również twierdzono, że 12 złotych to za dużo, a pismo działa do tej pory i ma się dobrze.

W przypadku polskiego wydania, kupiłam z ciekawości i zarzekałam się, że nigdy więcej. Oczywiście następnego miesiąca zmieniłam zdanie, bo na okładce była Eva Herzigova 🙂

Kolejne numery

Wydaje mi się (to moja subiektywna opinia), że wraz z pojawieniem się pierwszego numeru i negatywnymi komentarzami ze strony czytelniczek, na redakcję wylano kubeł zimnej wody. Twierdzę tak, ponieważ wraz z drugim numerem postawiono również na nieco bardziej interesującą treść. Wreszcie było co poczytać. I mam nadzieję, że taki zamysł będzie przyświecał kolejnym numerom.

Podobnie zresztą jest z następnymi wydaniami- wiele przepięknych zdjęć (redakcja utrzymuje, że polski Vogue ma być swoistym albumem o modzie i tego założenia stara się trzymać), ale pisze się coraz więcej i więcej tekstów, które (uwaga!) nie dotyczą tylko i wyłącznie idealnego wyglądu, ale są również społecznie zaangażowane. Szczególnie polecam tutaj Dwugłos z Anną Dziewit-Meller i Moniką Płatek z czwartego numeru na temat praw kobiet. Można zatem powiedzieć, że Vogue Polska zmierza w dobrą stronę…No właśnie, piszę to i pozostaje mi w głowie taka myśl, że to nie do końca jest prawda.

Moja ocena

Początkowo bardzo negatywna. Obecnie zmienia się na nieco bardziej pozytywną, ale…

  • Po pierwsze, byłam przyzwyczajona do szaty graficznej i rozkładu poszczególnych części takich, jakie można znaleźć w Vogue USA. Wiem, że wydawca każdej edycji może decydować o niektórych elementach samodzielnie, szczególnie o kierunku, w którym pójdzie pismo, jednak było to rozczarowanie.

 

  • Ponadto, błędem nie do wybaczenia był pierwszy numer – niezrozumiały, przeładowany reklamami i niepokojącymi sesjami zdjęciowymi, po prostu dziwny. Nie wiem, jak Wy, ale biorąc pierwszy numer do ręki poczułam się, jakby ktoś zrobił ze mnie pustą lalkę. A przecież, znów porównując do Vogue USA, oryginalna edycja publikuje również numery tematyczne, chociażby to dotyczące ciała kobiet i jego postrzegania albo władzy. Więc nie ma aspiracji bycia jedynie kolejnym magazynem publikującym zdjęcia bardzo drogich ciuchów i akcesoriów.

 

  • Mimo zmian, Vogue pozostaje gazetą do oglądania. Ogromna ilość zdjęć i minimalny wkład tekstów, które naprawdę można uznać za interesujące to niestety nie wystarczające, żeby przyciągnąć. Nie w momencie, kiedy lektura polskiej edycji zajmuje godzinę, ponieważ połowa tekstów traktuje o nieciekawych lub, w mojej opinii, zbyt elitarnych kwestiach. Opisy wystaw, przedstawień, które znane są tylko koneserom sprawia, że Vogue ustawia się w pozycji, z której ciężko będzie im wyjść do przeciętnych, nawet bardzo majętnych, czytelniczek.

 

Żeby nie było, że jedynie się czepiam, napiszę, że bardzo lubię dwie rubryki. Po pierwsze Vogue Styl,  gdzie przedstawia się osobistości ze świata mody i opisuje sposób, w jaki ewoluował ich styl ubierania się. Po drugie, Vogue Uroda i świetne teksty Katarzyny Straszewicz – szczególnie te, które pisze w pierwszej osobie, tworząc swego rodzaju pamiętnik pielęgnacji.

Niemniej jednak te dwie świetne sekcje nie sprawią, że jakoś wyjątkowo zmienię swoje zdanie na temat Vogue Polska. Ta edycja pozostanie dla mnie jedynie kolorowym umilaczem czasu. Po interesujące treści wracam do Vogue USA.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1529223267

Nowa Fantastyka czerwiec 2018

Trochę to trwało, ale udało mi się wreszcie przeczytać czerwcowy numer „Nowej Fantastyki”. Podejrzewam, że wielu z Was też ma tę lekturę za sobą, dlatego już na samym wstępie tego wpisu zapraszam Was do komentowania. Być może macie takie same przemyślenia, co ja. Zaczynamy!

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” 06 (429) 2018

Jak już pewnie wiecie z poprzedniego postu na temat tego czasopisma, zawsze zaczynam czytanie od tyłu, czyli od publicystyki i felietonów.

Nowa Fantastyka 05/2018

Nie inaczej było tym razem. Tradycyjnie zaczęłam od felietonu Łukasza Orbitowskiego – tym razem opisywał film „Malefique”. Niezmiernie lubię te krótkie teksty, ponieważ są pełne humoru i mimo że nie przepadam za oglądaniem horrorów – należę do osób, które są zbyt przerażone, żeby zasnąć po każdym takim seansie – to czytam. I tutaj się oczywiście nie rozczarowałam.

Bardzo podobały mi się teksty Rafała Kosika (na temat Dubaju – niesamowite miasto, swoją drogą) oraz Petera Wattsa (pisał o Wielkiej Rafie Koralowej i jej zanikaniu). Niezmiernie ciekawe. Ale ze względu na wykonywaną przeze mnie pracę (uczę angielskiego), moją szczególną uwagę przykuł felieton Tomasza Kołodziejczaka pod tytułem „Czego nas uczą? I kto?”. Nie opowiadał akurat o mojej dziedzinie, ale jednak był prawdziwy. O co chodzi? O to, że w szkołach na rożnych etapach edukacji prezentuje się wiedzę wyrywkową, niekompletną, a niekiedy po prostu nieprawdziwą. Prowadzi to do tego, że osoby średnio zainteresowane tematem uczą się dokładnie tego, co przekazuje im nauczyciel i kończą edukację z nieprawdziwymi lub niekompletnymi informacjami. I niestety, wiem to z doświadczenia, w uczeniu języków obcych też tak jest…

Poza tym, niezmiernie bogata i interesująca część związana z recenzjami. Prawdopodobnie wiele z tych książek kupię, przeczytam i zaprezentuję.

Muszę również polecić dwa artykuły, które bardzo przykuły moją uwagę. Pierwszym z nich jest „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” Witolda Vargasa, który stara się wyjaśnić, skąd wzięło się to powiedzenie i jak to się stało, że baba (mężczyzna) stał się babą w takiej wersji, w jakiej znamy ją teraz, czyli żeńskiej 🙂

Drugi artykuł opowiada o tym, skąd wziął się „Park Jurajski” , jakie były losy kolejnych części filmu i czego możemy oczekiwać w przyszłości. Trylogii?

Opowiadania

Dział polski skupił się na przedstawieniu historii, których akcja działa się „gdzieś w Afryce”. Mam zatem „Baobab” Barbary Szeląg  oraz „Korespondenta” Igora Myszkiewicza opowiadają historie, których miejscem akcji jest właśnie ten kontynent. Pierwszy tekst przytacza historię Taota, Neoli oraz Hasi, osób, które ze względu na pewne działania polityczne zostają zabrane z rodzinnej wioski. W tle jest oczywiście dążenie do pozyskania władzy, przewrót w państwie, ale także wykorzystywanie kobiet i niewolnictwo. Z kolei drugi to opowiadanie o podróżniku, korespondencie, utrzymane w steampunkowej stylistyce. Pełno w nim sterowców, kanonierek oraz innych cudów techniki.

Podobne miejsce akcji, czyli Afrykę, wybrał sobie Tadeusz Michrowski w opowiadaniu „Opowiadacz”. Krótkim i nie za bardzo wiem o czym. Nie jest to przytyk do tego autora, takie przeświadczenie miałam również w przypadku innych tekstów, które ukazały się w tym numerze. Niewiele z nich mnie zainteresowało, a jeśli już przeczytałam je do końca, co zrobiłam z czysto reporterskiego obowiązku, pozostawiły one po sobie pytanie w stylu „no i?”.

Dział zagraniczny reprezentują tym razem „Zerosi” Petera Wattsa, „Szczur” Mazarkis Williams. W przypadku pierwszego, mimo szczerego uwielbienia, którym darzę felietony autora, nie byłam w stanie przebrnąć przez to opowiadanie. Nie lubię s-f, szczególnie w wydaniu hard, i przeczytałam pierwszych pięć akapitów. Byłam jednak zachwycona „Szczurem”, mimo iż nie do końca zgadzam się z postawą Babci May, rozumiem jednak, że nie ona była tutaj główną bohaterką i jej czyny sprawiły, że młody Emil mógł przekonać się do używania magii.

Ocena

Pozytywna. Bardzo podobał mi się dział publicystyczny. Wszystkie artykuły były mniej lub bardziej interesujące, a niektóre z nich czytało się z ogromną ciekawością. Były po prostu super. Nie za bardzo jestem przekonana, czy opowiadania wybrane do działu polskiego i zagranicznego były trafione. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to gazeta dla wszystkich i zgromadzić teksty takie, żeby zadowolić każdego czytelnika jest trudno.

To, co tradycyjnie nie podoba mi się w „Nowej Fantastyce” to ogromna ilość literówek. W poprzednim miesiącu pisałam, że było ich znacznie mniej (chyba tylko jedno potknięcie, o ile pamiętam), natomiast tutaj znów jest ich dużo. Biorąc pod uwagę, że pismo jest wydawane przez poważne wydawnictwo, w którego książkach takich rzeczy zazwyczaj się nie widuje, nagminny brak korekty jest trochę nie na miejscu… I niestety zatarciu takiego negatywnego odczucia nie pomoże publikowanie niesamowitych prac Jakuba Różalskiego.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io (2)

 

 

Nowe pismo na rynku, czyli „Pismo”

Sprawa nie jest nowa – numery wychodzą już od stycznia, jednak uważam, że jest godna uwagi. „Pismo” ma być polskim odpowiednikiem „New Yorkera”, czyli czasopisma opiniotwórczego, na którego łamach można przeczytać ambitne reportaże i komentarze dotyczące życia społecznego i kulturalnego oraz politycznego. Poświęca również sporo uwagi współczesnej literaturze, ponieważ publikuje się w nim opowiadania i recenzje literackie. Tak twierdzi Wikipedia. Ja ze swojej strony „New Yorkera” miałam w rękach tylko raz i muszę stwierdzić, że była to dosyć ambitna lektura. Pewnie ze względu na tę elitarność Carrie Bradshaw również czytywała to pismo…

Cóż mogę powiedzieć o „Piśmie”? Przede wszystkim to, że powyższy opis dokładnie przekazuje to, z czym mamy do czynienia właśnie z polską wersją. Znajdują się tutaj reportaże, teksty o tym, co aktualnie jest ważne z punktu widzenia społecznego nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Do tego garść informacji na temat technologii oraz innych rzeczy, na których współczesny intelektualista powinien się znać. Do tego masa reportaży i opowiadanie. Całość wygląda estetycznie (podejrzewam, że taka a nie inna gramatura papieru została wybrana celowo) i zawiera wiele ilustracji. Chociaż powinnam napisać, że zawiera wiele treści, bo przecież o to w tej gazecie chodzi: o tekst, a nie obrazki i zdjęcia.

Moja ocena

To, co przede wszystkim zwraca uwagę w „Piśmie” jest fakt, że jest to gazeta, która nakierowana jest na przekazywanie informacji i opinii drogą pisaną, nie obrazkową. Trochę to obecnie ryzykowne…ale może właśnie dlatego, że ludzie, którzy lubią czytać coraz bardziej są spragnieni długich tekstów, całe przedsięwzięcie się uda?

Nie tak dawno na jednym z blogów (uwaga!) nie o książkach, ale urodowych, pojawiło się pytanie, czy jesteśmy już zmęczeni czytaniem tak bardzo, że o wiele łatwiej jest zainteresować czytelników/odbiorców/followersów kolorowym obrazkiem lub filmikiem. I z komentarzy pod wpisem okazało się, że tak 🙁 Ja osobiście wolę przeczytać coś dłuższego, ponieważ  w mojej opinii tylko taka objętość tekstu może dać możliwość przemyślenia i przedstawienia wszystkich stron zagadnienia. Mam nadzieję, że osób podobnie do mnie myślących jest trochę więcej i „Pismo” nie zniknie z naszego rynku tak samo jak miało to miejsce z innymi czasopismami, chociażby z „Bluszczem”, które swego czasu namiętnie czytywałam.

Na zakończenie napiszę Wam, że niektóre z artykułów można sobie po prostu odsłuchać – są dostępne w formie audio. A jeśli chcecie stać się częścią redakcji, możecie przesłać swoje prace do redakcji i jeśli będą warte wydrukowania, zostaną upublicznione.

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io

Nowa Fantastyka 05/2018

Od kliku dni w kioskach można znaleźć nowy numer „Nowej Fantastyki”. Udało mi się go przeczytać w trakcie pierwszego dnia majówki i muszę stwierdzić, że jest baaardzo fajnie. Stąd też ta recenzja. Zatem dlaczego warto zaopatrzyć się w „Nową Fatastykę”? Czytajcie poniżej.

Publicystyka

Dział publicystyczny NF nie zawsze należy do moich ulubionych. Jakoś zazwyczaj nie czytam nic więcej poza kilkoma w miarę ciekawymi artykułami i oczywiście recenzjami książek. Tym razem było inaczej, ponieważ przeczytałam niemal wszystko 🙂 I mam swoje typy…

Na publicystykę w tym numerze składają się artykuły:

  • Zapowiedzi
  • „Zastrzyk przyszłości” M. Starosty
  • „Imperialny punkt widzenia” M. Stawniak
  • „Marvel vs. DC -najlepsi wrogowie” R. Pisuli
  • „Między komiksem a brzegiem komputerowego ekranu” Ł. Wiśniewskiego
  • „Alfabet moich autorów”M. Parowskiego
  • „Grypa z lamusa” A. Haskiej i J. Stachowicza
  • Recenzje

A także felietony: R. Kosika, P. Wattsa, T. Kołdziejczaka i Ł. Orbitowskiego.

Z czystym sumieniem mogę polecić do przeczytania teksty autorstwa felietonistów. W szczególności T. Kołodziejczaka, który w artykule pod tytułem „To nie jest kraj dla starych książek” (przy okazji, tytuł rewelacja!), opisał swoje próby przeniesienia ogromnego księgozbioru z jednego mieszkania do drugiego. Ze względu na to, że mnie za niedługo będzie czekało to samo, przeczytanie o doświadczeniach innych było naprawdę interesujące.

P. Watts opisał coś, co być może za niedługo będzie nas czekało – możliwe przyczyny apokalipsy: z powodu chorób, nieciekawych warunków pogodowych lub wielu innych. Po tej lekturze, w sumie ważnej, ponieważ jest jeszcze czas, żeby tym katastrofom przeciwdziałać, aż zachciało mi się iść na spacer. Czytelnik przerażony, czyli efekt udało się uzyskać 🙂

Z pozostałych artykułów znajdujących się w dziale publicystycznym zawsze i niezmiennie polecam teksty A. Haskiej i J. Stachowicza, ponieważ nieustannie pozostają bardzo interesujące i wciągające. Tym razem autorzy pisali o grypie hiszpance -epidemii, która nie wiadomo, jak się zaczęła i zabrała ze sobą wielu ludzi. No, a przy okazji zainspirowała wielu twórców (filmów i książek) do pisania o tajemniczych chorobach, które dziesiątkują ludzkość.

 

Opowiadania

Muszę przyznać, że osoby, które są odpowiedzialne za dobieranie opowiadań do publikacji w NF zawsze dokonują dobrego wyboru, ponieważ jest bardzo różnorodnie. Nie twierdzę, że czytam wszystkie teksty od deski do deski, ponieważ rzadko kiedy mnie SF zachwyca i przyznaję się bez bicia, że takie opowiadania zazwyczaj zaczynam i… nie kończę.

  • „Elektra” G. Gajka to opowieść o kobiecie, która, mimo iż kocha innego, musi wypełnić swoje przeznaczenie czyli zostać żoną syna obecnego króla. Przygody, napięcie budowane od pierwszych zdań – mistrzostwo i bardzo fajny wybór na początek.

 

  • „Obrazki z pojutrza” I. Vizvary`ego to miniopowiadania, takie obrazki, z tego, w jakim życiu możemy żyć w przyszłości.

 

  • „Efekt Dżinna” J. . Brauna zabiera nas w świat baśni z 1001 nocy. Jest tutaj brat Szeherezady, Dżaudar, który ucieka przed wojskami okrutnego szacha. Jest również niewydarzony dżinn, który nie jest w stanie spełnić życzenia głównego bohatera, ponieważ nie wolno mu narażać życia innych ludzi. Fajne rozwiązanie…aż zaczęłam się zastanawiać, czy w przypadku poproszenia o bogactwo też znalazłby jakąś wymówkę 🙂

 

  • „Jenny choruje” D. Tallermana to jedno z dwóch moich ulubionych opowiadań. Jego bohaterką jest Jenny, dziewczyna mieszkająca w świecie bez chorób, która uzależniła się od bycia chorą. Całość historii opowiedziana jest z punktu widzenia jej współlokatora, byłego kochanka, który nie rozumie i nie chce rozumieć powodów, dla których dziewczyna postępuje w taki sposób. Mistrzostwo.

 

  • „Zbawcy potępionych” E. Gregory`ego to opowieść o mężczyźnie, który jest przewodnikiem po miejscach, w których mieszkają nieumarli. W zamian za anulowanie długów u Koronera zgadza się zaprowadzić chłopaka, Krzyżyka w głąb lasu…

 

  • „Czerwone oczy Tou Ma” A. Mohera – dżin Farid zostaje zatrudniony do pomocy w ocaleniu ludu Tou Ma…

Ocena

Bardzo pozytywna 🙂 Ciekawe artykuły w częsci publicystycznej i opowiadania zachęcają do sięgnięcia po kolejny numer. Co bardzo ciekawe, opowiadania wreszcie poddawane są korekcie. Przykro mi to stwierdzić, ale jakiś czas temu dałam sobie spokój z czytaniem z powodu masakrycznej wręcz ilości literówek i braków w tekście. Tym razem znalazłam tylko jedną… czyli idzie ku dobremu. Super!

 

pf_1525248449