Projekt Szekspir i Macbeth Jo Nesbo

Nakładem Wydawnictwa Śląskiego ukazują się od jakiegoś czasu powieści współczesnych autorów zainspirowane dziełami Williama Szekspira. Projekt Szekspir powstał dzięki współpracy z British Council.

Projekt Szekspir

Projekt Szekspir to przedsięwzięcie, które zostało powołane do życia z powodu przypadającej w 2016 roku 400-letniej rocznicy śmierci Williama Szekspira. Z tej okazji wydawca Hogarth Press zaprosił najbardziej poczytnych pisarzy na świecie do napisania historii znanych z dramatów słynnego dramaturga na nowo. Obecnie w ramach Projektu Szekspir można przeczytać:

  • Przepaść czasu Jeanette Winterston, na podst. Zimowej powieści
  • Shylock się nazywam Howarda Jacobsona, na podst. Kupca weneckiego
  • Dziewczyna jak ocet Anne Tyler, na podst. Poskromienia złośnicy
  • Czarci pomiot Margaret Atwood, na podst. Burzy
  • Ten nowy Tracy Chevalier, na podst. Otello
  • Macbeth Jo Nesbo

Zapowiadana jest kolejna odsłona Hamlet, powieść napisana przez Gillian Flynn.

Oczywiście, dla fanów kryminałów najbardziej znanym autorem będzie Jo Nesbo, jednak powieści Anne Tyler, czy Margaret Atwood również warto przeczytać.

Macbeth Jo Nesbo

To nic innego jak opisana we współczesnych realiach historia żądzy władzy i uznania. Macbeth w wydaniu Nesbo to początkowo wybitny w swoim fachu policjant, który jest jednym z najbardziej uznanych członków Gwardii, swego rodzaju policji i oddziału od brudnej roboty. Dzięki pomocy Banqa udało mu się wyjść na ludzi po tym, jak uciekł z sierocińca i wdał się w narkotyki. Później staje się komendantem policji, szychą w mieście, który może decydować o naprawdę wielu sprawach. Oczywiście, u boku Macbetha stoi jego Lady, której podszepty skłaniają go do popełnienia pierwszego morderstwa. A może jednak nie sama Lady, ale jego skrywane w głębi ambicje, które ktoś wreszcie wypowiedział głośno…

 

pf_1528198725

Jak to miało miejsce w dramacie, jedna zbrodnia pociąga za sobą kolejną, a wraz z pojawiającymi się złymi uczynkami na koncie Macbetha i jego Lady (która nota bene w połowie powieści zostaje oficjalnie nazwana jego żoną), pojawia się szaleństwo. Ale nie tylko z powodu kolejnych morderstw… Wszyscy bohaterowie mają za sobą trudną przeszłość: utratę dziecka, molestowanie seksualne, brak rodziców, itp. i to po części z jej powodu przestają panować nad sobą. Szaleństwem są również narkotyki, wywar oraz power, które pchają kolejnych ludzi do podejmowania czynów, które de facto rujnują im życie.

Ocena

Czy warto przeczytać Macbetha w wydaniu Jo Nesbo? To pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Być może niektórych skusi próba opowiedzenia klasycznego dramatu Szekspira w realiach dzisiejszego świata, a inni sięgną po tę powieść jako po kolejne dzieło Nesbo. Mnie zajęło jakieś 150 stron, żeby odnaleźć się w rzeczywistości nienazwanego miasta, w którym toczy się akcja. Wątki są urywane po to, aby podjąć je 10 stron dalej i to troszkę wprawia w dezorientację. W dodatku opis miejsc akcji każe sugerować, że jest to miasto, gdzieś w Ameryce, a nie w Norwegii (a tutaj niespodzianka, bo pojawiają się fiordy 🙂 Myślę jednak, że wszystkie realia oddane są wiernie, dokładnie tak, jak to powinno wyglądać. I okazuje się, że historia Macbetha może wydarzyć się również współcześnie i to wszystko, o czym pisze Nesbo, wcale nie jest takie nieprawdopodobne, jeśli tylko dokładnie obejrzymy się za siebie lub obejrzymy telewizję.

Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Macbeth
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 462
Cena: 39,90 zł

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Wampir z KC” Andrzej Pilipiuk

Kilka miesięcy temu pojawiła się w sprzedaży nowa powieść Andrzeja Pilipiuka pod tytułem „Wampir z KC”, w której można przeczytać kilka opowiadań związanych z żyjącymi w PRL wampirami: Markiem, Igorem i Gosią. Jest śmiesznie, a niekiedy aż za bardzo 🙂

20180518_185450

Tym razem Pilipiuk opisuje życie bohaterów na tle zmieniającej się polskiej gospodarki. Nie ma już komunizmu, jest raczkujący kapitalizm. Jednak osoby, którym doskonale żyło się podczas tego pierwszego okresu nie chcą albo nie mogą przyzwyczaić się do zmieniających się realiów. Nagle okazuje się, że wampiry tracą pracę, ponieważ ich zakład zostaje zlikwidowany, ojciec Gosi, Brona, zostaje prezesem spółki, której nie da się uratować, a major Nefrytow po chorobie trafia do świata, w którym nie ma już SB, a jego wydział zostaje zlikwidowany… pojawiają się oczywiście wszelkiego rodzaju „krwiopijcy”, którzy tylko czekają na okazję, żeby zrobić biznesy lub upuścić trochę krwi z niewinnych lokatorów przejętych przez siebie kamienic.

W książce dzieje się wiele i w trakcie lektury miałam wrażenie, że z każdym opowiadaniem nie może być lepiej. Jednak myliłam się, ponieważ okazało się, że pomysłów na przygody bohaterów Pilipiuk miał bez liku (podejrzewam, że jeszcze ma w zanadrzu kilka świetnych pomysłów). To, co w szczególności zwróciło moją uwagę to spotkanie Marka, Igora i Gosi z Jakubem Wędrowyczem (nie zdradzam szczegółów, ale wierzcie mi, że warto przeczytać) oraz ostatnie opowiadanie pod tytułem „Kostucha”, w której Jakub i Semen odwiedzają śmierć. Swoją drogą muszę przyznać się, że nie sądziłam, że jakikolwiek pomysł związany z tą dwójką kiedykolwiek będzie w stanie mnie zaskoczyć – poziom absurdu w przypadku przygód Jakuba i Semena już dawno osiągnął moje maksimum, ale jednak okazuje się, że można bardziej. I to bardziej niezmiernie mi się podoba.

Tradycyjnie jestem niezmiernie zachwycona językiem i znajomością realiów. Książki Pilipiuka, nie da się ukryć, to pod tym względem to prawdziwy majstersztyk. Zresztą, Ci, którzy znają prozę Pilipiuka, wiedzą, że zawsze należy spodziewać się wysokiego poziomu.

Ocena: Polecam wszystkim tym, którzy chcą się pośmiać i nie przeszkadza im, że akcja opowiadań dzieje się w trakcie końcówki PRL i początku ery kapitalizmu. Ja osobiście nie przepadam za tym okresem, jednak sposób,  w jaki jest opisany sprawia, że rzeczywistość nie wydaje mi się aż tak bardzo ponura.

Autor: Andrzej Pilipiuk
Tytuł: Wampir z KC
Ilustracje: Andrzej Łaski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 412
Cena: 39,90 zł

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Oblicza kaligrafii, czyli wystawa o pięknym piśmie

Z ogromnym opóźnieniem, jednak chciałabym opowiedzieć Wam o wystawie, którą widziałam na początku roku. Ze względu na to, że nie za bardzo było kiedy zająć się tym wpisem, nie informowałam o niej. Dopiero artykuł z jednego z numerów „Urody życia” o artystce, która na ścianie Muzeum Jana Kochanowskiego przepięknie wykaligrafowała tren przetłumaczony na angielski, natchnęła mnie do tego, żeby jednak te zdjęcia opublikować.

Oblicza kaligrafii można było zobaczyć w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie do końca kwietnia. Zakładała prezentację prac sześciu artystów kaligrafów:

  • Barbary Galińskiej,
  • Adama Romualda Kłodeckiego,
  • Arlety Strzeszewskiej,
  • Agnieszki Węgrowskiej,
  • Barbary Wilińskiej,
  • Joanny Zakrzewskiej.

Wszystkie dzieła prezentowały różnorodny charakter, od kaligrafii średniowiecznej po tę bardziej współczesną. Zresztą przekonajcie się sami 🙂

20180407_071837

20180407_072044

20180407_072153 (1)

20180407_072124

Międzynarodowy Booker dla Olgi Tokarczuk

Wiadomość pojawiła się dosłownie wczoraj i, w sumie nie była zaskoczeniem, ponieważ o tym, że twórczość Tokarczuk brana była pod uwagę w Man Booker International Prize, mówiono już od jakiegoś czasu. Niemniej jednak od wczoraj wszystko jest jasne: Olga Torkaczuk dostała tę nagrodę za powieść „Bieguni”. Wraz z autorką nagrodzono także tłumaczkę Jennifer L. Croft.

 

2

Książka ta została wydana w 2007 roku, czyli jedenaście lat temu, przez Wydawnictwo Literackie. Opowiada o sytuacji człowieka w podróży, bowiem tytułowi Bieguni to odłam starowierców, którzy oswajają zło poprzez ruch. Nie da się ukryć, że jest to jedna z najważniejszych polskich powieści ostatnich lat. Została także uhonorowana nagrodą Nike. Z kolei w Wielkiej Brytanii wydana pod angielskim tytułem „Flights” powieść ma bardzo dobre recenzje.

Czytaliście już tę książkę? A może znacie inne powieści Tokarczuk? Podzielcie się opinią w komentarzach.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Poradniki o minimalizmie, czyli jak nauczyć się czerpać przyjemność z posiadania mniej

Ten temat chodził za mną już od jakiegoś czasu. Od dawna czytam poradniki lub książki filozoficzne, które swoją tematyką skupiają się na minimalizmie. Nie mam tutaj na myśli Marie Kondo i jej „Magię sprzątania” , bo jakoś mnie nie wciągnęła. Serio, nie rozumiem fenomenu tej książki. Może dlatego, że nie lubię sprzątać 🙂 Jednak jakiś czas temu natknęłam się na książkę Leo Babauty pod tytułem (oczywiście) „Minimalizm”. Chociaż nie, najpierw były artykuły w różnych gazetach i opinie zbulwersowanych, że jak to mało rzeczy i w ogóle. Tymczasem książka Baubuty to kwintesencja tego, o czym w minimalizmie chodzi. Ale do rzeczy…

Minimalizm, czyli co?

Słownikowo to nic innego tylko „ograniczenie do minimum potrzeb, dążeń i wymagań (Słownik Języka Polskiego”. Natomiast w różnych źródłach dotyczących tego nurtu można dowiedzieć się, że jest to postawa, która może być obecna niemal w każdej dziedzinie naszego życia i która może dotyczyć na przykład ograniczania posiadanych przez siebie rzeczy, redukcję posiadanych przez siebie rzeczy oraz/lub zwiększenie stopnia swojej samowystarczalności. Chodzi tutaj o to, żeby nie utożsamiać zadowolenia i satysfakcji z życia z posiadanymi przez siebie przedmiotami. Oczywiście minimalista nie musi ograniczać się do posiadania określonej liczby rzeczy (np.jak to było marcowym „Elle” do ograniczenia garderoby do 33 sztuk ubrań), ale takim życiu, aby nasz dobytek stanowiły rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne do przeżycia. Czyli na przykład liczba sztućców odpowiadająca rzeczywistym potrzebom zamiast zastawy dla pułku wojska.

To, co jest istotne w minimalizmie to przede wszystkim przeświadczenie o tym, że nadmiar prowadzi nas do nieszczęścia. I to dosłownego, ponieważ posiadając zbyt wiele przedmiotów jesteśmy przytłoczeni ich liczbą. Autorzy często starają się z resztą dowieść, że mając mniej i przebywając w nieprzeładowanych pomieszczeniach będziemy czuć się lepiej. Rezygnacja z pewnego stylu życia, opartego na konsumpcji, nie tylko ma pomóc nam mieć mniej, ale również zadbać o zasobność naszego portfela, ponieważ kupowanie mniej oznacza mniejsze wydatki. Idąc dalej tym tropem, mniejsze potrzeby przekładają się na niższe koszty życia, co bezpośrednio prowadzi do zredukowania czasu, który potrzebujemy spędzić w pracy, żeby zarobić na wszystkie kredyty i naszą niepohamowaną chęć posiadania więcej i więcej. W zamian można poświęcić się pracy dla społeczności, swojej rodziny, a nadwyżkę pieniędzy wydać na niezbędne produkty, które charakteryzują się wysoką jakością, doskonałym wykonaniem lub pozwolą nam na gromadzenie doświadczeń.

Te podręczniki minimalizmu powinieneś przeczytać

20180512_164248

Oto kilka książek na temat minimalizmu, które, jak mi się wydaje, podają najwięcej informacji na temat tego, w jaki sposób zacząć i jak organizować swoje nowe życie. Oczywiście lista jest jak najbardziej subiektywna i może zdarzyć się, że polecane przeze mnie pozycje mogą Wam nie podpasować.

  • Leo Babauta „Minimalizm-żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną”

Moja pierwsza książka dotycząca minimalizmu, którą przeczytałam po prostu z ciekawości. Chciałam dowiedzieć się, o co chodzi i dlaczego tyle osób się tym nurtem interesuje. Ta pozycja jest podstawą dla wszystkich, którzy tak jak ja poszukiwali lub poszukują informacji na ten temat. Mimo że liczy sobie niecałe 150 stron, jest skondensowana pod względem treści i przekazuje informacje na temat ograniczania się niemal w każdej dziedzinie życia: zakupów, zmniejszania liczby posiadanych przez siebie przedmiotów, kwestii finansowych, a nawet organizowania ikonek na pulpicie komputera! Babauta jest guru minimalistów, a jego blog odwiedza non stop kilka tysięcy ludzi. Warto uczyć się od najlepszych.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym”

Jest to odpowiedź na to, w jaki sposób dopasować rady z amerykańskich poradników do polskich realiów. Nie wiem, czy Wy również macie to odczucie, że niektóre z nich totalnie nie dają się zastosować w Polsce – nasze realia niekiedy są bardzo różne. Natomiast tutaj pojawia się książka, która mówi dokładnie o tym, jakie problemy może napotkać na swojej drodze minimalista mieszkający w naszym kraju. I co ważne, rozprawia się ze stereotypami, w tym słynnym posiadaniem jedynie 33 rzeczy. Warta polecenia po tym, jak zdobędziecie już podstawową wiedzę.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym”

Taak. Wahałam się bardzo, czy umieścić tę książkę w zestawieniu, ponieważ w moim mniemaniu nie wnosi ona zbyt wiele do zagadnienia minimalizmu. Skupia się raczej na przedstawieniu życia osób mieszkających w Polsce, które zdecydowały się świadomie na uproszczenie swojego życia. Jednak jest ona jedną z niewielu pozycji na ten temat, które zostały napisane typowo z myślą o polskich minimalistach. Powiedziałabym jednak, że jest to pozycja dla fanów filozofii, a nie przewodnik/podręcznik.

  • Regina Wong ” Uwolnij przestrzeń”

Niewielkich rozmiarów książka na temat minimalizmu stała się jedną z moich ulubionych lektur ostatnio. Zawiera wszystko to, czego mogłabym spodziewać się o książce, której zadaniem jest odmienić czyjeś życie. Napisana jest w ładny i spokojny sposób (nie wiem, czy mogę w taki sposób to określić, ale autorka naprawdę pisze tak, że człowiek się uspokaja), do wywodu dochodzą cytaty słynnych osób związanych z tym nurtem oraz ćwiczenia do wykonania samodzielnie, np. sprzątania, oraz do przemyślenia. Bardzo ją polecam.

Podejrzewam, że nie są to wszystkie książki o minimalizmie, które zostały napisane i które powinnam przeczytać. Wydaje mi się, że to właśnie z nich będziecie w stanie wyciągnąć najwięcej treści.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Nowe pismo na rynku, czyli „Pismo”

Sprawa nie jest nowa – numery wychodzą już od stycznia, jednak uważam, że jest godna uwagi. „Pismo” ma być polskim odpowiednikiem „New Yorkera”, czyli czasopisma opiniotwórczego, na którego łamach można przeczytać ambitne reportaże i komentarze dotyczące życia społecznego i kulturalnego oraz politycznego. Poświęca również sporo uwagi współczesnej literaturze, ponieważ publikuje się w nim opowiadania i recenzje literackie. Tak twierdzi Wikipedia. Ja ze swojej strony „New Yorkera” miałam w rękach tylko raz i muszę stwierdzić, że była to dosyć ambitna lektura. Pewnie ze względu na tę elitarność Carrie Bradshaw również czytywała to pismo…

Cóż mogę powiedzieć o „Piśmie”? Przede wszystkim to, że powyższy opis dokładnie przekazuje to, z czym mamy do czynienia właśnie z polską wersją. Znajdują się tutaj reportaże, teksty o tym, co aktualnie jest ważne z punktu widzenia społecznego nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Do tego garść informacji na temat technologii oraz innych rzeczy, na których współczesny intelektualista powinien się znać. Do tego masa reportaży i opowiadanie. Całość wygląda estetycznie (podejrzewam, że taka a nie inna gramatura papieru została wybrana celowo) i zawiera wiele ilustracji. Chociaż powinnam napisać, że zawiera wiele treści, bo przecież o to w tej gazecie chodzi: o tekst, a nie obrazki i zdjęcia.

Moja ocena

To, co przede wszystkim zwraca uwagę w „Piśmie” jest fakt, że jest to gazeta, która nakierowana jest na przekazywanie informacji i opinii drogą pisaną, nie obrazkową. Trochę to obecnie ryzykowne…ale może właśnie dlatego, że ludzie, którzy lubią czytać coraz bardziej są spragnieni długich tekstów, całe przedsięwzięcie się uda?

Nie tak dawno na jednym z blogów (uwaga!) nie o książkach, ale urodowych, pojawiło się pytanie, czy jesteśmy już zmęczeni czytaniem tak bardzo, że o wiele łatwiej jest zainteresować czytelników/odbiorców/followersów kolorowym obrazkiem lub filmikiem. I z komentarzy pod wpisem okazało się, że tak 🙁 Ja osobiście wolę przeczytać coś dłuższego, ponieważ  w mojej opinii tylko taka objętość tekstu może dać możliwość przemyślenia i przedstawienia wszystkich stron zagadnienia. Mam nadzieję, że osób podobnie do mnie myślących jest trochę więcej i „Pismo” nie zniknie z naszego rynku tak samo jak miało to miejsce z innymi czasopismami, chociażby z „Bluszczem”, które swego czasu namiętnie czytywałam.

Na zakończenie napiszę Wam, że niektóre z artykułów można sobie po prostu odsłuchać – są dostępne w formie audio. A jeśli chcecie stać się częścią redakcji, możecie przesłać swoje prace do redakcji i jeśli będą warte wydrukowania, zostaną upublicznione.

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io

Nowa Fantastyka 05/2018

Od kliku dni w kioskach można znaleźć nowy numer „Nowej Fantastyki”. Udało mi się go przeczytać w trakcie pierwszego dnia majówki i muszę stwierdzić, że jest baaardzo fajnie. Stąd też ta recenzja. Zatem dlaczego warto zaopatrzyć się w „Nową Fatastykę”? Czytajcie poniżej.

Publicystyka

Dział publicystyczny NF nie zawsze należy do moich ulubionych. Jakoś zazwyczaj nie czytam nic więcej poza kilkoma w miarę ciekawymi artykułami i oczywiście recenzjami książek. Tym razem było inaczej, ponieważ przeczytałam niemal wszystko 🙂 I mam swoje typy…

Na publicystykę w tym numerze składają się artykuły:

  • Zapowiedzi
  • „Zastrzyk przyszłości” M. Starosty
  • „Imperialny punkt widzenia” M. Stawniak
  • „Marvel vs. DC -najlepsi wrogowie” R. Pisuli
  • „Między komiksem a brzegiem komputerowego ekranu” Ł. Wiśniewskiego
  • „Alfabet moich autorów”M. Parowskiego
  • „Grypa z lamusa” A. Haskiej i J. Stachowicza
  • Recenzje

A także felietony: R. Kosika, P. Wattsa, T. Kołdziejczaka i Ł. Orbitowskiego.

Z czystym sumieniem mogę polecić do przeczytania teksty autorstwa felietonistów. W szczególności T. Kołodziejczaka, który w artykule pod tytułem „To nie jest kraj dla starych książek” (przy okazji, tytuł rewelacja!), opisał swoje próby przeniesienia ogromnego księgozbioru z jednego mieszkania do drugiego. Ze względu na to, że mnie za niedługo będzie czekało to samo, przeczytanie o doświadczeniach innych było naprawdę interesujące.

P. Watts opisał coś, co być może za niedługo będzie nas czekało – możliwe przyczyny apokalipsy: z powodu chorób, nieciekawych warunków pogodowych lub wielu innych. Po tej lekturze, w sumie ważnej, ponieważ jest jeszcze czas, żeby tym katastrofom przeciwdziałać, aż zachciało mi się iść na spacer. Czytelnik przerażony, czyli efekt udało się uzyskać 🙂

Z pozostałych artykułów znajdujących się w dziale publicystycznym zawsze i niezmiennie polecam teksty A. Haskiej i J. Stachowicza, ponieważ nieustannie pozostają bardzo interesujące i wciągające. Tym razem autorzy pisali o grypie hiszpance -epidemii, która nie wiadomo, jak się zaczęła i zabrała ze sobą wielu ludzi. No, a przy okazji zainspirowała wielu twórców (filmów i książek) do pisania o tajemniczych chorobach, które dziesiątkują ludzkość.

 

Opowiadania

Muszę przyznać, że osoby, które są odpowiedzialne za dobieranie opowiadań do publikacji w NF zawsze dokonują dobrego wyboru, ponieważ jest bardzo różnorodnie. Nie twierdzę, że czytam wszystkie teksty od deski do deski, ponieważ rzadko kiedy mnie SF zachwyca i przyznaję się bez bicia, że takie opowiadania zazwyczaj zaczynam i… nie kończę.

  • „Elektra” G. Gajka to opowieść o kobiecie, która, mimo iż kocha innego, musi wypełnić swoje przeznaczenie czyli zostać żoną syna obecnego króla. Przygody, napięcie budowane od pierwszych zdań – mistrzostwo i bardzo fajny wybór na początek.

 

  • „Obrazki z pojutrza” I. Vizvary`ego to miniopowiadania, takie obrazki, z tego, w jakim życiu możemy żyć w przyszłości.

 

  • „Efekt Dżinna” J. . Brauna zabiera nas w świat baśni z 1001 nocy. Jest tutaj brat Szeherezady, Dżaudar, który ucieka przed wojskami okrutnego szacha. Jest również niewydarzony dżinn, który nie jest w stanie spełnić życzenia głównego bohatera, ponieważ nie wolno mu narażać życia innych ludzi. Fajne rozwiązanie…aż zaczęłam się zastanawiać, czy w przypadku poproszenia o bogactwo też znalazłby jakąś wymówkę 🙂

 

  • „Jenny choruje” D. Tallermana to jedno z dwóch moich ulubionych opowiadań. Jego bohaterką jest Jenny, dziewczyna mieszkająca w świecie bez chorób, która uzależniła się od bycia chorą. Całość historii opowiedziana jest z punktu widzenia jej współlokatora, byłego kochanka, który nie rozumie i nie chce rozumieć powodów, dla których dziewczyna postępuje w taki sposób. Mistrzostwo.

 

  • „Zbawcy potępionych” E. Gregory`ego to opowieść o mężczyźnie, który jest przewodnikiem po miejscach, w których mieszkają nieumarli. W zamian za anulowanie długów u Koronera zgadza się zaprowadzić chłopaka, Krzyżyka w głąb lasu…

 

  • „Czerwone oczy Tou Ma” A. Mohera – dżin Farid zostaje zatrudniony do pomocy w ocaleniu ludu Tou Ma…

Ocena

Bardzo pozytywna 🙂 Ciekawe artykuły w częsci publicystycznej i opowiadania zachęcają do sięgnięcia po kolejny numer. Co bardzo ciekawe, opowiadania wreszcie poddawane są korekcie. Przykro mi to stwierdzić, ale jakiś czas temu dałam sobie spokój z czytaniem z powodu masakrycznej wręcz ilości literówek i braków w tekście. Tym razem znalazłam tylko jedną… czyli idzie ku dobremu. Super!

 

pf_1525248449

„Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho

Od bardzo dawna nie proponowałam Wam żadnej książki, dlatego nadrabiam zaległości. Mój wybór padł właśnie na „Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho, ponieważ jej tematyka jest ściśle związana z tym, moimi zainteresowaniami (oczywiście oprócz książek), czyli podaje przepis na to, w jaki sposób wyglądać i poczuć się lepiej.
Co można w niej znaleźć?
Chciałabym napisać, że wszystko, ponieważ tym zdaniem tak na dobre można podsumować to, co się w niej znajduje. Bardzo dużo informacji o Korei jako państwie oraz o koreańskiej kulturze – dla mnie akurat ta część nie była istotna, dlatego ostatni rozdział pominęłam. Natomiast pozostała część to ogromna skarbnica wiedzy na temat pielęgnacji i zdrowego trybu życia.
Zaczynamy od określenia swojego typu skóry, to bardzo ważne, po to, aby dowiedzieć się o sposobie jej pielęgnacji. Bardzo istotne dla mnie było stwierdzenie, że w rytuale pielęgnacyjnym Koreanki dobierają kosmetyki do faktycznych potrzeb i problemów, z którymi się borykają – a nie do wieku skóry. Biorąc pod uwagę to, co wmawiają nam niektórzy producenci, jest to ważne odkrycie. Aby móc wybrać odpowiednie kosmetyki, dostajemy listę składników oraz sposób ich działania – dla mnie ogromny plus. Do tego mnóstwo informacji na temat zdrowego stylu życia.
Rytuał pielęgnacyjny Koreanek
Najważniejszym elementem tej książki jest oczywiście słynny rytuał pielęgnacyjny Koreanek, dzięki któremu można wyglądać młodziej i lepiej. Podany krok po kroku wraz z instrukcją jak wykonać masaż twarzy – rewelacja. Ja od trzech miesięcy, czyli od czasu, kiedy pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę, korzystam z tego rytuału i jestem zachwycona rezultatami. Z pewnością za niedługo podzielę się z Wami moimi obserwacjami w osobnym poście.
Bardzo ciekawy jest opis kosmetyków koreańskich, tych najskuteczniejszych i najpopularniejszych. Osobiście nie miałam wielu okazji do ich wypróbowania, ale tym razem się skuszę 🙂 Podejrzewam, że na pierwszy rzut pójdzie Tony Molly – ich opakowania są bardzo zabawne.
Podsumowując, jest to bardzo dobra książka dla tych, którzy pielęgnację i dbanie o swoje ciało traktują serio. Lista składników i solidna porcja wiedzy jest rzetelna i co najważniejsze podana w interesujący sposób.
Autor: Charlotte Cho
Tytuł: Sekrety urody Koreanek. Elementarz Pielęgnacji
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 225
Cena: 36,90 zł

„Szczęśliwa skóra” Adina Grigore

W obecnych czasach bardzo ważny jest dla nas piękny wygląd, zdrowe ciało i przede wszystkim idealna skóra. Z tego powodu staramy się inwestować w siebie: odpowiednie kosmetyki oraz zabiegi, które mają nam w tym wszystkim pomóc. Ale co jeśli to, co robimy ma odwrotny skutek i zamiast gładkiej skóry, kosmetyki powodują jeszcze więcej wyprysków, pieczenie i swędzenie, ponieważ zawierają składniki, które nie są korzystne dla naszego ciała, czyli szkodzą. Taką tezę stawia w swojej książce pt. „Szczęśliwa skóra” Adina Grigore i podaje swój przykład.

Autorka pisze, że od zawsze miała ogromne problemy skórne, na które nie pomagały żadne leki oraz kosmetyki. Było odwrotnie, maść zapobiegająca np. wypryskom drażniła skórę w innym miejscu i powodowała swędzenie, pękanie naskórka oraz inne dolegliwości.  Do czasu aż wymęczona Adina postanowiła odstawić je zupełnie, aby sprawdzić, co dokładnie nam szkodzi i to wyeliminować. W ten sposób można uleczyć się samodzielnie. Prosta sprawa.

Jak rozpoznać, co szkodzi?

Program poprawienia swojej skóry składa się tak na dobrą sprawę z dwóch etapów. Po pierwsze obserwowania tego, co się je i jego wpływu na naszą skórę oraz sprawdzenie, które kosmetyki są dla nas niedobre. Sposób jest prosty. Wystarczy przez kilka dni – minimum 3- zapisywać wszystko, co się je i dodawać uwagi na temat pojawiających się niedoskonałości oraz naszego samopoczucia. W tym czasie powinniśmy zauważyć, co jest nie tak z naszą dietą i wyeliminować składniki, które nie są korzystne. W moim przypadku to była czekolada :/, kawa oraz naturalnie fast foody. Po takiej obserwacji musimy wytrzymać bez tych produktów przetrzymać jakiś miesiąc i zacząć ponownie je wprowadzać, oczywiście stopniowo i pojedynczo. Jeśli po ich zjedzeniu będziemy czuć się źle, znaczy, że tego elementu należny unikać.

Podobna obserwacja jest zalecana w przypadku kosmetyków, Tutaj też zapisujemy wszystkie użyte produkty i eliminujemy coś, co sprawia, że wyglądamy źle. W tym miejscu Grigore podaje tabele składników, których bezwzględnie należy unikać wraz z ich nazwami handlowymi. Okazuje się, że wiele z nich znajduje się w popularnych kosmetykach – kiedy zrobiłam przegląd swojej kosmetyczki momentalnie nawróciłam się na te ekologiczne 🙂 Chociaż, jak pisze Adina Grigore, na słowo „ekologiczne” i „naturalne” należy uważać….

Dlaczego warto przeczytać?

Przede wszystkim, aby nabyć świadomość, że nie wszystko, co kupujemy w sklepach, znajduje się tam dla naszego dobra. Wiele z substancji w kosmetykach nam szkodzi, ponieważ nasze ciało nie ma siły pozbywać się trucizn, które nakładamy na siebie codziennie i z tego powodu wyglądamy źle. To stwierdzenie jest oczywiste, jeśli chodzi o jedzenie, ale nie każdy uświadamia sobie, że tak samo może być z kosmetykami. Dla kogoś, kto ma czas na produkowanie własnych kremów, autorka zamieszcza sprawdzone przepisy.

Ja zapamiętałam z tej książki wiele informacji. Przede wszystkim to, że nie zawsze warto wierzyć reklamie, która oferuje cuda i że czasami naprawdę dobre kosmetyki mogą kosztować grosze (kto przeczyta książkę, będzie wiedział, o co chodzi 🙂

Autor: Adina Grigore

Tytuł: Szczęśliwa skóra

Tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska

Wydawnictwo: Galaktyka

Ilość stron: 315

Cena: 36,90 zł

Czy warto czytać książki blogerek? 3 recenzje

Ostatnio coraz więcej na naszym rynku wydawniczym pojawia się książek, których autorkami są blogerki. No, nie da się ukryć, że blogi mają znaczny wpływ na to, w co się ubieramy, jakich używamy kosmetyków i co czytamy. Z tego też powodu, w przypadku niektórych nieco bardziej popularnych twórców, pojawiają się oferty napisania książki z danej tematyki. I tak się właśnie dzieje. Pytanie tylko pozostaje takie, czy to, co dostajemy to jeszcze jest książka, czy raczej swego rodzaju album ze zdjęciami…

 

old-1130731_1920

Moje 3 recenzje 

Swoją przygodę z poradnikami (ponieważ w większości przypadków to są właśnie poradniki) rozpoczęłam z książką „Love Style Life” Garance Dore, która jest popularną blogerką modową. I ku mojemu zdziwieniu otrzymałam grubą pozycję, na pięknym papierze i z ogromną liczbą zdjęć. Treści, czyli tego, co powinno znajdować się w książce, było niewiele. Ot, trochę historii z życia blogerki, głównie o tym, w jaki sposób zaczynała swoją przygodę z blogowaniem, oraz kilka porad (żeby nie było) – o tym, co warto założyć na siebie w danej okoliczności i jak zadbać o skórę. Z racji tego, że byłam przyzwyczajona do powieści, czyli treści z dużą ilością literek, przeczytanie jej pozostawiło niedosyt. Ot, taka literatura, żeby mieć co przeczytać w trakcie (krótkiej) podróży pociągiem i się nie zmęczyć.

Podobne odczucia miałam w przypadku lektury książki Pernille Teisbaek „Dress Scandinavian”. Przeczytałam ją bodajże w 4 godziny. Na szczęście od dawna planowałam zmianę stylu na nieco bardziej minimalistyczny, skandynawski, dlatego kwestia ubierania się jak Skandynawka była dla mnie interesująca. Książka Pernille zawiera wiele wskazówek co do tego, jakie wzory i materiały wybierać, żeby wyglądać minimalistycznie właśnie w stylu Dunek. Do tego dochodzi nieodzowna sekcja związana z urodą. Poradnik zawiera wiele zdjęć, jest zorganizowany w sposób minimalistyczny. nawet jego okładka wygląda jak z książek, które drukowane były w latach 90. ubiegłego wieku (trochę to rozczarowujące). Treści oczywiście niewiele, jednak i tak jest jej więcej i jest też o wiele bardziej interesująco niż w przypadku Garance Dore.

Dla porównania zestawiam tutaj poradnik Make Photography Easier Katarzyny Tusk, również blogerki i… muszę stwierdzić, że jestem pozytywnie zaskoczona. Oczywiście, nie ilością zdjęć, ponieważ również tutaj jest ich bardzo dużo, ale przede wszystkim wiedzą zawartą w tym poradniku. Mimo jego niewielkich rozmiarów (jakieś 150 stron), książka składa się na wiele działów i informacji, które zdają się być przydatne zarówno dla nowicjuszy, jak i osób nieco bardziej zaawansowanych w kwestii robienia bardzo ładnych zdjęć, ale poszukujących inspiracji. W porównaniu do poprzednich dwóch książek, które opisałam w tym poście, jest to pozycja, za którą stoją wiedza i doświadczenie. Oczywiście, nie ujmując nic autorkom, nie kwestionuję tutaj tego, co robią, jednak te poradniki na temat ubrania i urody wydają mi się po prostu powierzchowne i niepoważne.

Dlaczego powinieneś sięgnąć po poradnik napisany przez blogerkę? 

No właśnie, dlaczego? Postarałam się zebrać kilka argumentów za.

  • Nie lubisz czytać regularnych poradników, a wolisz skondensowane treści i przykłady w formie zdjęć,
  • Poszukujesz wiedzy aktualnej i dostosowanej do potrzeb social media,
  • Szukasz krótkiej lektury na temat interesujących Cię treści, która doskonale spełni swoje zadanie w pociągu lub autobusie,
  • Masz swoją ulubioną blogerkę lub blogera i chcesz dowiedzieć się nieco więcej na temat początków jej blogowania oraz po prostu cenisz jej/jego pracę.

 

Nie powinieneś brać się za te książki, jeśli: 

  • Lubisz powieści,
  • Nie podobają Ci się książki z przewagą zdjęć lub obrazków,
  • (niekiedy) poszukujesz głębszej analizy i wiedzy,
  • Szukasz poradnika, który będzie liczył więcej niż 150 stron.

 

Czy Wy czytacie poradniki napisane przez blogerki? Podzielcie się opinią w komentarzach!

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)