Vogue Polska – dlaczego sobie go podaruję

Pojawienie się w Polsce Vogue na początku wiosny tego roku to jedno z tych wydarzeń, których nie można były pominąć. Z pewnością dzięki nienagannej opinii „Biblii mody”, którą ma amerykańskie wydanie, również w naszym kraju rozpoczął się szał na polski Vogue, a w internecie (szczególnie w mediach społecznościowych) zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej aranżowane zdjęcia z okładką magazynu.

Zaraz po pojawieniu się pierwszego numeru w kioskach czytelniczki rozpoczęły komentować nie tylko okładkę tego magazynu z Anją Rubik i Małgorzatą Belą na tle Pałacu Kultury i Nauki, ale również zawartość.

Pierwsze wydanie, PKiN i smutna sesja

No, nie da się ukryć, że okładka była wyjątkowo nietrafiona, bura i smutna. I mimo jej artystycznego waloru, nie spodobała się wielu osobom. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że chciała pokazać to, czego my w Polsce nie chcemy – nudy, szarości, nierównych chodników, braku słońca przez większą część roku i wielu innych rzeczy, których się wstydzimy. Ja osobiście również nie byłam fanką tego zdjęcia, nie podobało mi się – wolę uśmiechnięte celebrytki w bikini lub pięknych sukniach na tle plaży i w pełnym słońcu. Z tym zawsze kojarzył mi się Vogue, z odrobiną luksusu, której w Polsce niestety nie ma.

Tyle okładka. Problematyczna była również zawartość, pełna reklam i dziwnych sesji zdjęciowych – szczególnie tej jednej z Anją Rubik we wnętrzach Pałacu Kultury i Nauki, która w klapkach i sukni sprzątała (?) podłogę… Mało interesujące artykuły, mnóstwo reklam i nieco zaporowa, jak na polskie warunki, cena (ok. 17 zł). Uprzedzam jednocześnie w tym miejscu komentarze na temat luksusu i ceny -wiem, ile kosztuje licencja, itp. i odpowiadam od razu, że nie mam problemów, żeby zapłacić 50 zł za amerykańskiego Vogue`a. Kupuję i tyle, ponieważ otrzymuję produkt, który wart jest tej ceny. Z drugiej strony, kiedy na polskim rynku pojawił się pierwszy Harper`s Bazaar, również twierdzono, że 12 złotych to za dużo, a pismo działa do tej pory i ma się dobrze.

W przypadku polskiego wydania, kupiłam z ciekawości i zarzekałam się, że nigdy więcej. Oczywiście następnego miesiąca zmieniłam zdanie, bo na okładce była Eva Herzigova 🙂

Kolejne numery

Wydaje mi się (to moja subiektywna opinia), że wraz z pojawieniem się pierwszego numeru i negatywnymi komentarzami ze strony czytelniczek, na redakcję wylano kubeł zimnej wody. Twierdzę tak, ponieważ wraz z drugim numerem postawiono również na nieco bardziej interesującą treść. Wreszcie było co poczytać. I mam nadzieję, że taki zamysł będzie przyświecał kolejnym numerom.

Podobnie zresztą jest z następnymi wydaniami- wiele przepięknych zdjęć (redakcja utrzymuje, że polski Vogue ma być swoistym albumem o modzie i tego założenia stara się trzymać), ale pisze się coraz więcej i więcej tekstów, które (uwaga!) nie dotyczą tylko i wyłącznie idealnego wyglądu, ale są również społecznie zaangażowane. Szczególnie polecam tutaj Dwugłos z Anną Dziewit-Meller i Moniką Płatek z czwartego numeru na temat praw kobiet. Można zatem powiedzieć, że Vogue Polska zmierza w dobrą stronę…No właśnie, piszę to i pozostaje mi w głowie taka myśl, że to nie do końca jest prawda.

Moja ocena

Początkowo bardzo negatywna. Obecnie zmienia się na nieco bardziej pozytywną, ale…

  • Po pierwsze, byłam przyzwyczajona do szaty graficznej i rozkładu poszczególnych części takich, jakie można znaleźć w Vogue USA. Wiem, że wydawca każdej edycji może decydować o niektórych elementach samodzielnie, szczególnie o kierunku, w którym pójdzie pismo, jednak było to rozczarowanie.

 

  • Ponadto, błędem nie do wybaczenia był pierwszy numer – niezrozumiały, przeładowany reklamami i niepokojącymi sesjami zdjęciowymi, po prostu dziwny. Nie wiem, jak Wy, ale biorąc pierwszy numer do ręki poczułam się, jakby ktoś zrobił ze mnie pustą lalkę. A przecież, znów porównując do Vogue USA, oryginalna edycja publikuje również numery tematyczne, chociażby to dotyczące ciała kobiet i jego postrzegania albo władzy. Więc nie ma aspiracji bycia jedynie kolejnym magazynem publikującym zdjęcia bardzo drogich ciuchów i akcesoriów.

 

  • Mimo zmian, Vogue pozostaje gazetą do oglądania. Ogromna ilość zdjęć i minimalny wkład tekstów, które naprawdę można uznać za interesujące to niestety nie wystarczające, żeby przyciągnąć. Nie w momencie, kiedy lektura polskiej edycji zajmuje godzinę, ponieważ połowa tekstów traktuje o nieciekawych lub, w mojej opinii, zbyt elitarnych kwestiach. Opisy wystaw, przedstawień, które znane są tylko koneserom sprawia, że Vogue ustawia się w pozycji, z której ciężko będzie im wyjść do przeciętnych, nawet bardzo majętnych, czytelniczek.

 

Żeby nie było, że jedynie się czepiam, napiszę, że bardzo lubię dwie rubryki. Po pierwsze Vogue Styl,  gdzie przedstawia się osobistości ze świata mody i opisuje sposób, w jaki ewoluował ich styl ubierania się. Po drugie, Vogue Uroda i świetne teksty Katarzyny Straszewicz – szczególnie te, które pisze w pierwszej osobie, tworząc swego rodzaju pamiętnik pielęgnacji.

Niemniej jednak te dwie świetne sekcje nie sprawią, że jakoś wyjątkowo zmienię swoje zdanie na temat Vogue Polska. Ta edycja pozostanie dla mnie jedynie kolorowym umilaczem czasu. Po interesujące treści wracam do Vogue USA.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1529223267

Reklamy

Nowa Fantastyka czerwiec 2018

Trochę to trwało, ale udało mi się wreszcie przeczytać czerwcowy numer „Nowej Fantastyki”. Podejrzewam, że wielu z Was też ma tę lekturę za sobą, dlatego już na samym wstępie tego wpisu zapraszam Was do komentowania. Być może macie takie same przemyślenia, co ja. Zaczynamy!

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” 06 (429) 2018

Jak już pewnie wiecie z poprzedniego postu na temat tego czasopisma, zawsze zaczynam czytanie od tyłu, czyli od publicystyki i felietonów.

Nowa Fantastyka 05/2018

Nie inaczej było tym razem. Tradycyjnie zaczęłam od felietonu Łukasza Orbitowskiego – tym razem opisywał film „Malefique”. Niezmiernie lubię te krótkie teksty, ponieważ są pełne humoru i mimo że nie przepadam za oglądaniem horrorów – należę do osób, które są zbyt przerażone, żeby zasnąć po każdym takim seansie – to czytam. I tutaj się oczywiście nie rozczarowałam.

Bardzo podobały mi się teksty Rafała Kosika (na temat Dubaju – niesamowite miasto, swoją drogą) oraz Petera Wattsa (pisał o Wielkiej Rafie Koralowej i jej zanikaniu). Niezmiernie ciekawe. Ale ze względu na wykonywaną przeze mnie pracę (uczę angielskiego), moją szczególną uwagę przykuł felieton Tomasza Kołodziejczaka pod tytułem „Czego nas uczą? I kto?”. Nie opowiadał akurat o mojej dziedzinie, ale jednak był prawdziwy. O co chodzi? O to, że w szkołach na rożnych etapach edukacji prezentuje się wiedzę wyrywkową, niekompletną, a niekiedy po prostu nieprawdziwą. Prowadzi to do tego, że osoby średnio zainteresowane tematem uczą się dokładnie tego, co przekazuje im nauczyciel i kończą edukację z nieprawdziwymi lub niekompletnymi informacjami. I niestety, wiem to z doświadczenia, w uczeniu języków obcych też tak jest…

Poza tym, niezmiernie bogata i interesująca część związana z recenzjami. Prawdopodobnie wiele z tych książek kupię, przeczytam i zaprezentuję.

Muszę również polecić dwa artykuły, które bardzo przykuły moją uwagę. Pierwszym z nich jest „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” Witolda Vargasa, który stara się wyjaśnić, skąd wzięło się to powiedzenie i jak to się stało, że baba (mężczyzna) stał się babą w takiej wersji, w jakiej znamy ją teraz, czyli żeńskiej 🙂

Drugi artykuł opowiada o tym, skąd wziął się „Park Jurajski” , jakie były losy kolejnych części filmu i czego możemy oczekiwać w przyszłości. Trylogii?

Opowiadania

Dział polski skupił się na przedstawieniu historii, których akcja działa się „gdzieś w Afryce”. Mam zatem „Baobab” Barbary Szeląg  oraz „Korespondenta” Igora Myszkiewicza opowiadają historie, których miejscem akcji jest właśnie ten kontynent. Pierwszy tekst przytacza historię Taota, Neoli oraz Hasi, osób, które ze względu na pewne działania polityczne zostają zabrane z rodzinnej wioski. W tle jest oczywiście dążenie do pozyskania władzy, przewrót w państwie, ale także wykorzystywanie kobiet i niewolnictwo. Z kolei drugi to opowiadanie o podróżniku, korespondencie, utrzymane w steampunkowej stylistyce. Pełno w nim sterowców, kanonierek oraz innych cudów techniki.

Podobne miejsce akcji, czyli Afrykę, wybrał sobie Tadeusz Michrowski w opowiadaniu „Opowiadacz”. Krótkim i nie za bardzo wiem o czym. Nie jest to przytyk do tego autora, takie przeświadczenie miałam również w przypadku innych tekstów, które ukazały się w tym numerze. Niewiele z nich mnie zainteresowało, a jeśli już przeczytałam je do końca, co zrobiłam z czysto reporterskiego obowiązku, pozostawiły one po sobie pytanie w stylu „no i?”.

Dział zagraniczny reprezentują tym razem „Zerosi” Petera Wattsa, „Szczur” Mazarkis Williams. W przypadku pierwszego, mimo szczerego uwielbienia, którym darzę felietony autora, nie byłam w stanie przebrnąć przez to opowiadanie. Nie lubię s-f, szczególnie w wydaniu hard, i przeczytałam pierwszych pięć akapitów. Byłam jednak zachwycona „Szczurem”, mimo iż nie do końca zgadzam się z postawą Babci May, rozumiem jednak, że nie ona była tutaj główną bohaterką i jej czyny sprawiły, że młody Emil mógł przekonać się do używania magii.

Ocena

Pozytywna. Bardzo podobał mi się dział publicystyczny. Wszystkie artykuły były mniej lub bardziej interesujące, a niektóre z nich czytało się z ogromną ciekawością. Były po prostu super. Nie za bardzo jestem przekonana, czy opowiadania wybrane do działu polskiego i zagranicznego były trafione. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to gazeta dla wszystkich i zgromadzić teksty takie, żeby zadowolić każdego czytelnika jest trudno.

To, co tradycyjnie nie podoba mi się w „Nowej Fantastyce” to ogromna ilość literówek. W poprzednim miesiącu pisałam, że było ich znacznie mniej (chyba tylko jedno potknięcie, o ile pamiętam), natomiast tutaj znów jest ich dużo. Biorąc pod uwagę, że pismo jest wydawane przez poważne wydawnictwo, w którego książkach takich rzeczy zazwyczaj się nie widuje, nagminny brak korekty jest trochę nie na miejscu… I niestety zatarciu takiego negatywnego odczucia nie pomoże publikowanie niesamowitych prac Jakuba Różalskiego.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io (2)

 

 

Poradniki o minimalizmie, czyli jak nauczyć się czerpać przyjemność z posiadania mniej

Ten temat chodził za mną już od jakiegoś czasu. Od dawna czytam poradniki lub książki filozoficzne, które swoją tematyką skupiają się na minimalizmie. Nie mam tutaj na myśli Marie Kondo i jej „Magię sprzątania” , bo jakoś mnie nie wciągnęła. Serio, nie rozumiem fenomenu tej książki. Może dlatego, że nie lubię sprzątać 🙂 Jednak jakiś czas temu natknęłam się na książkę Leo Babauty pod tytułem (oczywiście) „Minimalizm”. Chociaż nie, najpierw były artykuły w różnych gazetach i opinie zbulwersowanych, że jak to mało rzeczy i w ogóle. Tymczasem książka Baubuty to kwintesencja tego, o czym w minimalizmie chodzi. Ale do rzeczy…

Minimalizm, czyli co?

Słownikowo to nic innego tylko „ograniczenie do minimum potrzeb, dążeń i wymagań (Słownik Języka Polskiego”. Natomiast w różnych źródłach dotyczących tego nurtu można dowiedzieć się, że jest to postawa, która może być obecna niemal w każdej dziedzinie naszego życia i która może dotyczyć na przykład ograniczania posiadanych przez siebie rzeczy, redukcję posiadanych przez siebie rzeczy oraz/lub zwiększenie stopnia swojej samowystarczalności. Chodzi tutaj o to, żeby nie utożsamiać zadowolenia i satysfakcji z życia z posiadanymi przez siebie przedmiotami. Oczywiście minimalista nie musi ograniczać się do posiadania określonej liczby rzeczy (np.jak to było marcowym „Elle” do ograniczenia garderoby do 33 sztuk ubrań), ale takim życiu, aby nasz dobytek stanowiły rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne do przeżycia. Czyli na przykład liczba sztućców odpowiadająca rzeczywistym potrzebom zamiast zastawy dla pułku wojska.

To, co jest istotne w minimalizmie to przede wszystkim przeświadczenie o tym, że nadmiar prowadzi nas do nieszczęścia. I to dosłownego, ponieważ posiadając zbyt wiele przedmiotów jesteśmy przytłoczeni ich liczbą. Autorzy często starają się z resztą dowieść, że mając mniej i przebywając w nieprzeładowanych pomieszczeniach będziemy czuć się lepiej. Rezygnacja z pewnego stylu życia, opartego na konsumpcji, nie tylko ma pomóc nam mieć mniej, ale również zadbać o zasobność naszego portfela, ponieważ kupowanie mniej oznacza mniejsze wydatki. Idąc dalej tym tropem, mniejsze potrzeby przekładają się na niższe koszty życia, co bezpośrednio prowadzi do zredukowania czasu, który potrzebujemy spędzić w pracy, żeby zarobić na wszystkie kredyty i naszą niepohamowaną chęć posiadania więcej i więcej. W zamian można poświęcić się pracy dla społeczności, swojej rodziny, a nadwyżkę pieniędzy wydać na niezbędne produkty, które charakteryzują się wysoką jakością, doskonałym wykonaniem lub pozwolą nam na gromadzenie doświadczeń.

Te podręczniki minimalizmu powinieneś przeczytać

20180512_164248

Oto kilka książek na temat minimalizmu, które, jak mi się wydaje, podają najwięcej informacji na temat tego, w jaki sposób zacząć i jak organizować swoje nowe życie. Oczywiście lista jest jak najbardziej subiektywna i może zdarzyć się, że polecane przeze mnie pozycje mogą Wam nie podpasować.

  • Leo Babauta „Minimalizm-żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną”

Moja pierwsza książka dotycząca minimalizmu, którą przeczytałam po prostu z ciekawości. Chciałam dowiedzieć się, o co chodzi i dlaczego tyle osób się tym nurtem interesuje. Ta pozycja jest podstawą dla wszystkich, którzy tak jak ja poszukiwali lub poszukują informacji na ten temat. Mimo że liczy sobie niecałe 150 stron, jest skondensowana pod względem treści i przekazuje informacje na temat ograniczania się niemal w każdej dziedzinie życia: zakupów, zmniejszania liczby posiadanych przez siebie przedmiotów, kwestii finansowych, a nawet organizowania ikonek na pulpicie komputera! Babauta jest guru minimalistów, a jego blog odwiedza non stop kilka tysięcy ludzi. Warto uczyć się od najlepszych.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym”

Jest to odpowiedź na to, w jaki sposób dopasować rady z amerykańskich poradników do polskich realiów. Nie wiem, czy Wy również macie to odczucie, że niektóre z nich totalnie nie dają się zastosować w Polsce – nasze realia niekiedy są bardzo różne. Natomiast tutaj pojawia się książka, która mówi dokładnie o tym, jakie problemy może napotkać na swojej drodze minimalista mieszkający w naszym kraju. I co ważne, rozprawia się ze stereotypami, w tym słynnym posiadaniem jedynie 33 rzeczy. Warta polecenia po tym, jak zdobędziecie już podstawową wiedzę.

  • Anna Mularczyk-Meyer „Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym”

Taak. Wahałam się bardzo, czy umieścić tę książkę w zestawieniu, ponieważ w moim mniemaniu nie wnosi ona zbyt wiele do zagadnienia minimalizmu. Skupia się raczej na przedstawieniu życia osób mieszkających w Polsce, które zdecydowały się świadomie na uproszczenie swojego życia. Jednak jest ona jedną z niewielu pozycji na ten temat, które zostały napisane typowo z myślą o polskich minimalistach. Powiedziałabym jednak, że jest to pozycja dla fanów filozofii, a nie przewodnik/podręcznik.

  • Regina Wong ” Uwolnij przestrzeń”

Niewielkich rozmiarów książka na temat minimalizmu stała się jedną z moich ulubionych lektur ostatnio. Zawiera wszystko to, czego mogłabym spodziewać się o książce, której zadaniem jest odmienić czyjeś życie. Napisana jest w ładny i spokojny sposób (nie wiem, czy mogę w taki sposób to określić, ale autorka naprawdę pisze tak, że człowiek się uspokaja), do wywodu dochodzą cytaty słynnych osób związanych z tym nurtem oraz ćwiczenia do wykonania samodzielnie, np. sprzątania, oraz do przemyślenia. Bardzo ją polecam.

Podejrzewam, że nie są to wszystkie książki o minimalizmie, które zostały napisane i które powinnam przeczytać. Wydaje mi się, że to właśnie z nich będziecie w stanie wyciągnąć najwięcej treści.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)