Kilka słów o tym, co robię z przeczytanymi książkami

Jest wiele zwyczajów związanych z książkami. Jedni mówią, że tych zakupionych nie wolno oddawać lub odsprzedawać innym ludziom. Ja wierzę jedynie w to, że książki powinno się szanować: nie niszczyć i traktować jak najlepszego przyjaciela. A to dlatego, że w świecie książkoholików nie istnieje maksymalna liczba tomów, które chce się i można posiadać, a to automatycznie prowadzi do bałaganu.

Osobiście nie przepadam za nieporządkiem. Moje książki muszą być odpowiednio ułożone, nie ściśnięte i tak dalej. Nie wytrzymałabym chyba tego, że leżą porozrzucane po kątach, na podłodze, parapetach, itd. Oczywiście znam osoby, które tak mają i wcale im to nie przeszkadza 🙂

books on bookshelves
Photo by Mikes Photos on Pexels.com

Ja jednak decyduję się od czasu do czasu pozbyć się kilku nadmiarowych tomów. Mam też swoje sposoby na to, żeby moja kolekcja nie powiększała się zbyt szybko. I nie, to nie jest medytacja i wmawianie sobie, że nie potrzebuję więcej książek. Wręcz przeciwnie, bardzo potrzebuję…

Co robię z przeczytanymi książkami?

Przede wszystkim zastanawiam się, czy rzeczywiście chcę zostawić sobie książkę, którą właśnie przeczytałam. Prawda jest taka, sami zresztą o tym wiecie, że nie wszystkie są interesujące, wywierają wpływ na nasze życie albo są napisane takim językiem, że odechciewa się czytać, więc po co taka powieść miałaby zajmować miejsce na mojej półce. Tak więc pozostawiam jedynie te, które pragnęłabym przeczytać ponownie. Pozostałe oddaję i Was zachęcam do tego samego. Gdzie?

Przede wszystkim najwięcej moich niechcianych książek ląduje w miejskiej bibliotece. Mam układy z panią dyrektor, która przyjmuje ode mnie każdą ilość, pod warunkiem, że tomy nadają się do ponownego użytku. I z tego, co mi już zdążyła powiedzieć, biblioteki mogą nieodpłatnie przyjmować książki, jeśli ktoś chce pozostawić je w formie darowizny. Tylko nie zawsze chcą. I tutaj muszę się Wam przyznać, że na przykład kiedy chciałam pozbyć się powieści w językach obcych, musiałam udać się do filii, która posiadała stosowny dział. Przy kilku kartonach wypełnionych po brzegi i bez samochodu to było trudne zadanie. Niemniej jednak nie niewykonalne i biblioteka pozostaje głównym miejscem, w którym pozbywam się książek.

Mam na podorędziu jeszcze kilka sposobów, które zamierzam wypróbować, jak tylko będę pragnęła pozbyć się nadmiaru. Pierwszym jest projekt poczytaj.mi. Jego założenie jest proste: jeśli mamy zbyteczne książki, możemy bezpłatnie zamówić kuriera i nasza paczka zostanie przekazana do jednej z wielu bibliotek w Polsce. I nie tylko. Można przeczytać o tym w opisie projektu na Facebooku (źródło: https://www.facebook.com/poczytajmipl/?__tn__=HHH-R):

Książki, które od Ciebie otrzymamy, zostaną posegregowane i wysyłane do konkretnych czytelni. Przygotowujemy indywidualne paczki, odpowiadające zapotrzebowaniu danej biblioteki. Wsparliśmy w ten sposób kilkadziesiąt miejsc, stale nawiązujemy kontakt z czytelniami w całym kraju. Wspieramy zarówno małe biblioteki wiejskie, jak i ogromne biblioteki miejskie. Wysyłamy literaturę do szkół, domów dziecka i bibliotek w szpitalach. 

Bardzo ciekawa akcja i z wielką chęcią przyłączę się do niej.

Drugim pomysłem jest skorzystanie z aplikacji Nextplease, która umożliwia wymianę książek pomiędzy użytkownikami. Apka jest dostępna zarówno na iOS, jak i Androida, a oceny osób, które z takiej wymiany już skorzystały – pozytywne. Mam nadzieję, że i ja znajdę się w gronie zadowolonych użytkowników.

Podsumowując, istnieje kilka sposobów na to, aby pozbyć się niechcianych książek. Celowo nie pisałam o takich jak na przykład oddanie ich znajomym oraz przyjaciołom albo korzystanie z audobooków i ebooków. Z tymi ostatnimi właściwie nie ma problemu, wystarczy jedynie skasować je z półki… Problematyczne wydają się jedynie te tradycyjne, jednak również z ich nadmiarem można sobie poradzić.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tym wpisie!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik) oraz Facebook (klik)

Stephen King „Laurie”

Nie tak dawno na oficjalnej stronie internetowej pojawiło się najnowsze opowiadanie mistrza grozy, Stephena Kinga, pod tytułem „Laurie”. Można je nadal pobrać w formie PDF, jednak do tej pory nie zostało ono przetłumaczone na polski.

Ci, którzy znają angielski, mogą już w tej chwili wyszukać tam link do opowiadania i delektować się niemal natychmiast nowością od Kinga. Jednak osobom słabo władającym tym językiem pozostaje poszukiwanie streszczeń lub asysta wujka Google. Szczególnie z myślą o tym ostatnich postanowiłam napisać małe streszczonko 🙂

Laurie, czyli kto?

Sześć miesięcy po śmierci swojej żony, sześćdziesięciopięcioletni Lloyd Sunderland przyjmuje w swoim domu wizytę starszej o pięć lat siostry Beth. Facet nie jest w dobrym stanie, przeżywa żałobę, tęskni za żoną i nie przejmuje się zbytnio ani swoim stanem zdrowia, ani tym, że zupełnie stracił apetyt.

Siostra przywozi mu mały podarek, którym okazuje się szczeniak, mieszanka Border Collie i  Mudi. Suczka zostaje nazwana Laurie, ponieważ jest to pierwsze imię, które zaskoczonemu i niechętnemu jej przybyciu mężczyźnie przychodzi do głowy. I oczywiście zostaje w domu na okresie próbnym, co oznacza, że jeśli będzie sikać gdzie popadnie i gryźć wszystko, co dostanie w swoje łapki, zostanie w trybie natychmiastowym eksmitowana do schroniska, strasznego miejsca, w którym psy po prostu zabija się w trzy tygodnie po tym, jak do niego trafiają. Smutne.

Nie da się ukryć, że szczeniak podbija serce swojego pana, chociaż ten początkowo nie przyznaje się do tego, ukrywając przed samym sobą to, jak bardzo jego życie z Laurie zmieniło się. Mimo uciążliwości związanych z wyprowadzaniem jej kilka razy dziennie, jej wyciem w nocy i warczeniem na sąsiada, Dona. Jednak po rutynowych badaniach lekarskich i wizycie u siostry nie da się ukryć, że piesek ma bardzo pozytywny wpływ na Lloyda – jest zdrowszy i ma bardziej pozytywne nastawienie do świata. No i nie czuje się już taki samotny. Co więcej, podjął się nawet pracy dorywczej.

Aż pewnego dnia…

Lloyd i Laurie żyli sobie spokojnie przez kilka miesięcy, skupiając się na wykonywaniu codziennych, rutynowych czynności: spacerów, zakupów, pracy, lunchów w barze ze smażoną rybą i tym podobnych. Do 6 grudnia…

Tego dnia Lloyd zobaczył sąsiada Dona, który zaczynał przystrajanie domu na święta Bożego Narodzenia. W pewnym momencie Don znikł i nikt nie widział, gdzie się podział. W tym samym czasie Lloyd zabrał Laurie na spacer, w ramach którego mieli zamiar pokonać rutynową trasę, czyli przejść przez zmurszały mostek. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby od połowy trasy Lloyd nie dostrzegł śladów krwi. Krwi, która należała do jego przyjaciela i sąsiada Dona.

Co się stało? Otóż najprawdopodobniej Don wymachując laską sprowokował do ataku aligatora, pilnującego gniazda pełnego jaj. I zginął. Oszczędzę Wam makabrycznego opisu, musicie wiedzieć, że w momencie, kiedy Lloyd przyszedł w to miejsce, aligator nadal tam był i zamierzał zaatakować również i jego. No i sytuacja zaczęła wyglądać groźnie, ponieważ gad-ludojad mógł pozbawić życia i jego, i Laurie. Mężczyzna jednak przezornie wypuścił psa z rąk i kazał jej biec do domu (nie posłuchała :), ale to chyba Was nie dziwi :).

Cała sprawa oczywiście kończy się dobrze, ponieważ Lloyd resztką laski Dona odstrasza aligatora, który wpada do wody, ponieważ przegniłe deski mostku załamują się pod ciężarem jego i ciała Dona. LLoyd zwiewa gdzie pieprz rośnie i powiadamia policję. W międzyczasie zdaje sobie sprawę z tego, że Laurie trwała przy nim wiernie i nie opuściła go w momencie zagrożenia.

The end.

pf_1530011707

Moja opinia

Fajnie jest na bieżąco czytać opowiadania Stephena Kinga, jednak nie wydaje mi się, żeby było to jego najlepsze dzieło. Nie da się ukryć, że autor ma skłonność do gadulstwa – jego opisy scen są tak rozwlekłe, że czasami ma się ochotę po prostu przekartkować kilka stron w nadziei na jakieś nieco bardziej straszne momenty.

Czytając to opowiadanie miałam chwilę zwątpienia. Gdzieś w okolicach strony dwudziestej trzeciej odechciało mi się czytać, ponieważ miałam wrażenie, iż nic oprócz opisów przyjaźni emeryta ze szczeniakiem się nie pojawi. Aż tu nagle trzy ostatnie strony przyniosły niespodziankę…

Wiem, że opowiadania Kinga są różne – niektóre mniej straszne i generalnie nie zawsze mu wychodzi. Mimo to polecam „Laurie”, ponieważ przesłanie z tego tekstu płynie takie, że nawet miejsca, które bardzo dobrze znamy mogą kryć dla nas ogromne zagrożenie i zawsze lepiej obejrzeć się za siebie. To jest niestety w dzisiejszym świecie bardzo aktualne.

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)