Czy ofiara może zostać przestępcą? Przewrotna intryga w „Najszczęśliwszej” Maxa Czornyja

Hmmm, jesienno-zimowa aura sprawia, że coraz częściej sięgam po kryminały. Mróz i krótkie dni sprawiają, że takie mroczne historie są jeszcze bardziej ciekawe i interesujące. Tym razem jednak zdecydowałam się na przesłuchanie audiobooka i o moich wrażeniach z odsłuchania pierwszej książki w formie audio również zamierzam się podzielić. Zaczynajmy zatem!

Nie za bardzo przepadam za polskimi kryminałami. Do tej pory sądziłam, że polska rzeczywistość nie potrafi wciągnąć tak samo mocno jak historie opisywane przez Skandynawów i Amerykanów. Taki bezpodstawny stereotyp. I muszę się Wam przyznać, że po „Najszczęśliwszą” sięgnęłam tylko i wyłącznie dlatego, że kłopoty ze zdrowiem sprawiły, że nie za bardzo byłam w stanie skupić się na niczym, a ogólne osłabienie i te sprawy spowodowały totalną awersję do czytania (tak, wiem, aż trudno w to uwierzyć, ale tak było), a ta historia wydawała mi się jedyną sensowną propozycją z całej listy nieciekawych powieści kryminalnych. Dodatkowo była czytana przez znakomitych aktorów Annę Cieślak i Szymona Bobrowskiego, co dla mnie stanowiło mistrzowskie połączenie.

Historia Dawida Kastera

Wyobraźcie sobie sytuację: jesteście znanym malarzem, uznanym za jednego z lepszych w swoim nurcie, który jednocześnie jest totalnie znudzony swoją robotą i niejako z musu pojawia się na wystawach własnych dzieł. Macie też przyjaciela, który jednocześnie jest Waszym menadżerem. Facet jest obrotny i zapewnia Wam spory rozgłos, uznanie i sukces finansowy. A przy okazji bzyka się z Waszą żoną. Żona zresztą zostaje zamordowana w niewyjaśnionych okolicznościach w dzień, w którym oznajmia Wam, że jest w ciąży i będziecie mieli dziecko…

Kilka lat później prowadzicie w miarę ustabilizowane życie, macie dziewczynę, która decyduje się z Wami zamieszkać, ale w tym samym czasie w Waszej nudnej codzienności dzieją się rzeczy, wobec których trudno przejść obojętnie, ponieważ dotyczą spraw, które powinny były zostać zamknięte już dawno temu.

Moja ocena

Tak mniej więcej, w końcu nie chcę zdradzić Wam szczegółów i zakończenia, układa się fabuła tej powieści. Całość napisana jest niekiedy dosadnym językiem, znajduje się w niej kilka przekleństw, ale wydaje mi się, że bez ich obecności ciężko byłoby oddać stan ducha i umysłu głównego bohatera. Akcja płynie wartko i nie można się nudzić przez całą książkę. Nie ma tutaj miejsca na spokój i nawet, kiedy myślicie, że pasmo nieszczęśliwych wypadków w życiu Dawida Kastera już się skończyło, pojawia się coś nowego. Szczególnie zresztą zaskakujące jest zakończenie – przeczytałam wiele kryminałów i muszę przyznać, że jest to jedna z niewielu powieści, które rzeczywiście sprawiły, że nie mogłam odgadnąć zakończenia i sprawcy do samego końca. Brawo!

Bardzo polecam tę książkę również osobom, które zaczynają swoją przygodę z audiobookami. Wiem, że nie jest łatwo przestawić się z czytania na słuchanie, dlatego wciągająca historia, taka jak ta, jest doskonała własnie po to, żeby zacząć zmieniać swoje przyzwyczajenia.

W mojej prywatnej skali „Najszczęśliwsza” Maxa Czornyja otrzymuje 9 punktów na 10 możliwych. Przyznaję je zarówno za samą historię, jak i dobór lektorów czytających powieść.

 

wietna książka

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tej recenzji!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Autor: Max Czornyj
Tytuł: Najszczęśliwsza
Wydawnictwo: Wydawnictwo Filia (książka), Storyside (audiobook)
Liczba stron: 326, ok. 8h
Cena: 39,90 zł (książka)

Sexy Bastard, czyli seria romansów z momentami

Ten wpis jest dowodem na to, że gusta zmieniają się z wiekiem. Zaczęłam czytać literaturę tak zwaną kobiecą, czyli napisaną dla pań przez panie. Na razie taką z momentami 🙂

Na serię Sexy Bastard natknęłam się w trakcie tegorocznych wakacji, kiedy nudziło mi się tak bardzo, że postanowiłam przeczytać wszystko, co mi się nawinie. Nie powiem, że straciłam czas, ponieważ większość z tych książek jest rzeczywiście interesująca, jednak nie da się ukryć, że pojawiło się kilka niewypałów. Koło Sexy Bastard „chodziłam” około tygodnia, ponieważ podejrzewałam, że książka z półgołym mężczyzną na okładce nie może mieć w sobie nic interesującego. Bardzo dużo się nie pomyliłam, ale ocena zależy od tego, czego spodziewacie się po tego typu lekturze.

Seria książek

Seria pod wspólnym tytułem Sexy Bastard została napisana przez amerykańską autorkę Eve Jagger. Gatunkowo umieszcza się ją w kategorii literatury erotycznej, ale niekiedy romansu (wystarczy spojrzeć na różne strony internetowe księgarni, żeby zobaczyć takie rozróżnienie). Całość jak na razie obejmuje cztery tomy:

  1. Sexy Bastard Tom 1 Hard
  2. Sexy Bastard Tom 2 Cash
  3. Sexy Bastard Tom 3 Knox
  4. Sexy Bastard Tom 4 Jackson

Wspólny tytuł odnosi się do tak zwanego Klubu Seksownych Drani, mężczyzn, którzy z różnych powodów uznali, że nie zależy im na stałych związkach z kobietami, a wolą jedynie przygodne spotkania z kochankami na jedną noc. Ale, i to jest wspólny element dla wszystkich powieści, spotykają kogoś, kto okazuje się idealnym przeciwnikiem: kobiety piękne, inteligentne, szanowane w środowisku, z pasjami, a przede wszystkim namiętne i niechętne stałym związkom. Ponieważ to od seksu zaczyna się zaangażowanie pomiędzy dwoma stronami.

 

3

 

Oczywiście, nie muszę wspominać, że dranie są niezwykle seksowni, wykonują zawody, które pozwalają im zarabiać ogromne pieniądze i są bardzo sprawnymi kochankami. Nie da się tutaj w końcu ukryć, że w tych powieściach chodzi przede wszystkim o długie opisy seksualnych ekscesów. Na szczęście zróżnicowane 🙂

Ocena

No tak, nie mogę ukrywać, że nie jest to literatura najwyższych lotów. Wszystkie powieści oparte są na tym samym schemacie, którego podstawy są budowane na podstawie słynnej serii o Greyu. Na szczęście nie ma aż tak wielu podobieństw, żeby całość stała się nieznośna i nie do czytania. Każda z części opowiada o romansie jednego z seksownych drani i okoliczności znajomości są różne, to jest wielki plus. Dzięki temu rzeczywiście te książki czyta się z ciekawością.

Niemal połowa każdej powieści to sceny seksu. Opisane dosyć soczystym językiem. Podejrzewam, że tłumacz lub tłumaczka mieli niezłą zabawę z ich tłumaczeniem na polski. Wszystkie opisy czyta się ciekawie, sytuacje są różnorodne i nie zawierają przemocy. Ogólnie ok.

Jedyne do czego mogę się przyczepić to nieco wulgarny język. No, ale używanie takiego słownictwa w momentach, które go nie wymagają staje się coraz bardziej powszechne. Szczególnie w czasach, w których niewiele rzeczy już nas szokuje. Dodatkowo czwartej części zdecydowanie przydałaby się lepsza korekta – literówek tutaj bez liku.

Podsumowując, ogólnie fajna seria dla osób, które lubią poczytać sobie nieco bardziej pikantną literaturę o ludziach, którzy mają sporo pieniędzy i niewiele problemów. Czyta się szybko, ponieważ akcja, tak jak numerki, jest szybka. Ot, cztery książki na cztery dni urlopu 🙂

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tej recenzji!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Autor: Eve Jagger
Tytuł: Sexy Bastard
Tytuł oryginalny: Sexy Bastard
Tłumaczenie: różni tłumacze
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 220-280
Cena: ok. 40 zł każda

Subiektywna lista lektur- podsumowanie lipca

W lipcu udało mi się przeczytać kilka bardzo ciekawych i godnych polecenia książek. Niektórym z nich poświęciłam zresztą osobne wpisy na blogu. Inne czekają na swoją minirecenzję.

Te pozycje, które opisałam w osobnych recenzjach to:

pf_1532851525

pf_1531900065

Bardzo polecam obydwie książki. Z pewnością spędzicie z nimi długie godziny i dowiecie się interesujących rzeczy. No, ale poza nimi przeczytałam jeszcze troszkę.

Co jeszcze znalazło się na mojej liście?

  • Unf*ck yourself. Napraw się Gary John Bishop

Poradnik na temat tego, w jaki sposób można naprawić swoje życie i zacząć żyć pełną piersią. A przynajmniej przestać przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Przyznam się Wam, że teoretycznie ta książka nie powinna pojawić się w tym zestawieniu, ponieważ przeczytałam jedynie 20 stron tego dzieła. Hmmm, być może później jest bardziej odkrywcza, ale mnie porady w stylu „nie lubisz swojej pracy to ją zmień” jakoś nie skłaniają do odmiany stylu życia. Nie licząc oczywiście tego, że są strasznie oklepane.

pf_1534060812

 

  • Zanim pozwolę Ci wejść Jenny Blackhurst

Wiedzieliście, że psycholodzy mogą mieć problemy ze sobą? Jeśli nie, to ten kryminał jest dla Was idealną lekturą. Trzyma w napięciu niemal do samego końca, do ostatnich linijek. Powieść opowiada o grupie trzech przyjaciółek, które próbują radzić sobie z przeszłością i teraźniejszością: jedna z nich została zgwałcona, co rzutuje na jej stosunek do mężczyzn, druga wychowuje dwójkę dzieci, a trzecia – pnie się po szczeblach kariery w poradni psychologicznej i sypia z żonatym facetem. Polecam bardzo.

  • Styl życia zero waste Amy Korst

Hmmm, na samym początku tego wpisu powinnam była uprzedzić Was, że tym razem uwzględnię także książki, które bardzo, ale to bardzo starałam się przeczytać i w ich dokończeniu nie przeszkodziły mi piekielne upały, ale ich bezsens i infantylizm. Niestety ładna okładka nie zawsze wskazuje na to, że zawartość książki będzie równie ciekawa. No i niestety tak jest także w przypadku poradnika Amy Korst, którego lekturę zakończyłam po jakiś 30 stronach (znów!). Tak, wiem, te poradniki pisane są dla Amerykanów, to jest inna kultura i inne podejście do gospodarowania odpadami. Ale to nie oznacza, że ktoś musi mi tłumaczyć tak podstawowe sprawy, jak fakt, że kartki papieru można użyć z dwóch stron. Nie i jeszcze raz nie, a szkoda, bo temat jest nośny i w obecnych czasach bardzo ważny.

pf_1534060685

To tyle. Pochwalcie się w komentarzach, jakie książki przeczytaliście w ubiegłym miesiącu 🙂

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Napisz, co sądzisz o tej recenzji!

A po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

Nowa Fantastyka 08 (431) 2018

Uff, mimo wykańczających upałów udało mi się wreszcie przeczytać nowy numer „Nowej Fantastyki”. Bardzo pozytywną rzeczą jest w nim z pewnością to, że wreszcie na każdym kroku nie natykałam się na literówki.

Czego możecie spodziewać się po sierpniowej Nowej Fantastyce? Sporo dobrej publicystyki, świetne recenzje i opowiadania (Harlana Ellisona, Jacka Komudy). No i wydaje mi się, że na tym mogę zakończyć recenzję, ponieważ czasopismo pod względem zawartości trzyma wysoki poziom. Do tego znakomity wybór opowiadań o różnej długości (Komuda i Valentine należą do tych najdłuższych) i mamy gotowy przepis na świetne upalne popołudnie.

Publicystyka

Na ogromne wyróżnienie zasługuje tekst Witolda Vargasa „Legendarz od alkowy”. Autor w humorystyczny, ale przy tym niezwykle ciekawy, sposób opowiada o tak zwanych momentach w legendach słowiańskich. Jeśli interesują Was wodniki, utopce, rusałki oraz inne byty, których zadaniem było uwieść i wykorzystać Bogu ducha winnych śmiertelników, ten artykuł to zdecydowanie coś dla Was. Zresztą muszę w tym miejscu zauważyć, że Vargas trzyma poziom – wszystkie jego teksty są ciekawe i zachęcają do sięgnięcia po dodatkowe lektury. Super, tak trzymać!

Tradycyjnie zachwyciłam się felietonem Łukasza Orbitowskiego, który zrecenzował film pod tytułem „Pumpkinhead”. Już nawet zaczęłam rozglądać się za tym horrorem. Do moich ulubionych muszę dorzucić również tekst Tomasza Kołodziejczaka „Nasi milusińscy kosmici”, w którym stara się udowodnić, że dzieci to kosmici, którzy przybywają na Ziemię i prowadzą na niej badania (i stąd te wszystkie pytania spod znaku po co? i dlaczego?). Ciekawe i naprawdę zabawne.

Opowiadania

W tym numerze pojawiają się lepsze i gorsze historie (w mojej opinii, oczywiście). Zacznijmy od Jacka Komudy i jego „Hordy”. Mimo że słyszałam o tym autorze bardzo pochlebne opinie, to opowiadanie było moim pierwszym zetknięciem z jego twórczością. Wiem, że opisuje historię z elementami fantastyki, nadając wydarzeniom z przeszłości alternatywne zakończenie. Podobnie było zresztą i w tym opowiadaniu. Król Lazar toczy wojnę z obcym plemieniem, miałam wrażenie, że wzorowanym na Turkach, w którym ginie, a jego rycerze zostają albo zabici, albo oddani do niewoli. Ratuje się tylko niewielu, ci, którzy uciekają z pola bitwy lub na nie nawet nie trafiają. Jest to jedno z dwóch najdłuższych opowiadań i muszę przyznać, że nie należy do moich ulubionych.

W sekcji polskiej pojawił się również „Grabieżnik” Piotra Zawady. Jest to tekst o… no właśnie o czym? O stworzeniu, które się przeistacza w coś. I tyle. Krótkie opowiadanie o nie wiadomo czym i jak dla mnie zapchaj dziura (przepraszam, upał był jak czytałam i może nie zrozumiałam jego sensu/drugiego dna).

„Dwoje przy huśtawce” Krzysztofa Adamskiego to najprawdopodobniej odpowiedź na to, co mogłoby się stać, gdybyśmy ludzki mózg umieścili w ciele robota. Czy jest to jeszcze człowiek, czy maszyna bez uczuć. Co jeśli pojawią się jego wspomnienia z poprzedniego życia, tęsknota lub inne emocje? U Adamskiego zakończenie jest ponure.

Sekcja prozy zagranicznej składa się na opowiadania Harlana Ellisona, Paula McAuleya i Genevieve Valentine. 

„Żywy i zdrowy w samotnej podróży” Ellisona opublikowano w NF już po śmierci autora. Jak zauważa redakcja, jest to rodzaj pożegnania z twórcą. Tekst mówi o fragmencie podróży, którą odbywa Ćma – człowiek złamany przez życie, po nieudanym małżeństwie z o wiele młodszą od niego kobietą. O tym, co się stało opowiada przygodnie poznanym osobom, z którymi przesiaduje w barze. Opowiadanie jest nieoczywiste i pozostawia czytelnikowi wolność interpretacji.

Paul McAuley i jego „Elfy z Antarktyki” to opowieść o krainie, w której ludzie badają lady zamieszkiwane przez mamuty, dinozaury i inne stworzenia tak jakby wielkie zderzenie Ziemi z meteorytem nigdy nie miało miejsca. Jest to jedyne opowiadanie, którego nie skończyłam. Zirytowało mnie swoim bezsensem.

„Z Themis każdy pisze listy do domu” Genevieve Valentine opowiada o ludziach, którzy zostali wybrani do testowania nowej gry. Jednak oni myśleli, że fizycznie znajdują się na nowej planecie i ich zadaniem jest ją stworzyć: ukształtować teren, zadbać o pogodę, atmosferę i zadbać o odpowiednią florę i faunę. Cynizm twórców gry i walka oszukanych beta testerów to dodatkowe smaczki. Polecam, warto przeczytać.

Ocena

Podoba się, oj podoba 🙂

pf_1533456622

„Słodziutki. Biografia cukru” D. Korytko, J. Watoła

Cukier znamy wszyscy i niemal wszyscy go lubimy. Mimo tego, że coraz więcej wiemy o jego niekorzystnym działaniu na nasz organizm

Książka, o której mam zamiar napisać dzisiaj nie jest kolejnym poradnikiem na temat tego, w jaki sposób pozbyć się uzależnienia od „słodziutkiego”, ale przedstawia dzieje tej substancji w naszej kulturze.

I jest to coś, co naprawdę może zaskoczyć. Po pierwsze dlatego, że z pewnością nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cukier jest obecny na świecie od setek lat, ale również z tego powodu, iż wielu ludzi przez niego cierpiało lub zginęło (wiedzieliście o tym!?). No, ale zacznijmy od początku.

Początku cukru w Europie

Wraz z wyprawami morskimi, kiedy to wielu podróżników takich jak Krzysztof Kolumb lub Vasco da Gama opływali świat, w życiu europejskich elit pojawiła się pewna brązowa substancja – cukier trzcinowy. Mieszkańcy najechanych ziem w ramach gościnności lub wdzięczności dla przybyszów podarowali im coś naprawdę cennego w ich kulturze – sadzonki trzciny cukrowej. I w sumie tak można byłoby zakończyć całą historię, ponieważ wszyscy pewnie domyślają się, co wydarzyło się dalej. Nowo przybyli postanowili uprawiać trzcinę na plantacjach po to, żeby zarabiać na handlu cukrem – towarem deficytowym i zarezerwowanym jedynie dla możnych ówczesnego świata. Którzy, nie da się ukryć, mieli z nim nie lada problemy… zdrowotne. Ot taki Ludwik XIV albo królowa Elżbieta I to jedne z wielu przykładów władców, którzy uzależnieni od cukru poważnie podupadli na zdrowiu, a konsekwencje jego nadużywania ukrywali pod ubraniami, makijażami, itp.

Nie da się ukryć, że wraz z rozrastaniem się plantacji na podbitych kontynentach potrzeba było nowych rąk do pracy i żeby zapewnić pracowników „wymyślono” niewolnictwo. Jak pokazują autorzy książki, plantacje trzciny cukrowej zebrały bardzo krwawe żniwo – wielu niewolników ginęło lub zostało okaleczonych właśnie z tego powodu, że popyt na cukier ciągle rósł.

Co było potem…

Potężne koszty produkcji i dostarczania cukru z Ameryki Południowej i Północnej sprawiły, że zaczęto szukać alternatywy. Badaczom udało się wyizolować cukier biały z buraka, jednak koszty takiej produkcji były bardzo wysokie, a całe przedsięwzięcie mało opłacalne. Jednak wraz z biegiem czasu sztuka ta udawała się coraz bardziej, a cukier biały stawał się coraz bardziej powszechny – tak bardzo, że książki kucharskie zawierały dziesiątki stron poświęconych słodkościom, a sztuka przygotowywania deserów mocno się rozwinęła.

Jednak wraz z upowszechnieniem się cukru, pojawiły się choroby związane z jego nadużywaniem. Chodzi tutaj głównie o cukrzycę. Podejmując walkę z chorobą, która w początkowych latach była śmiertelna – po prostu wykańczała organizm, ponieważ nikt nie znał sposobów walczenia z nią – ludzie chwytali się różnych metod: diet, głodówek, badań oraz, w końcu, uciążliwych, ale pozwalających na jako takie życie, zastrzyków i pomiarów stężenia cukru we krwi. Ta opowieść to bardzo ważna część tej książki, ponieważ pokazuje, co nadmiar „słodziutkiego” może zrobić z organizmem i w jaki sposób badania naukowe na ten temat zostały zafałszowane lub ukryte przed opinią publiczną.

Ocena

Cóż, autorzy biografii cukru starali się pokazać, jaki wpływ na naszą kulturę miał i ma cukier. Udało im się wskazać na to, jakie zagrożenia dla zdrowia niesie za sobą jego nadużywanie, a przecież w obecnych czasach bardzo łatwo jest przedawkować cukier. W końcu dodawany jest niemal do wszystkiego, a nazw oznaczających jakiś jego rodzaj jest tak dużo, że trudno się w nich wszystkich połapać, a przed zakupem jakiegokolwiek produktu żywnościowego trzeba byłoby dokładnie przeanalizować skład.

Myślę, że dobrze, iż pojawiają się takie książki, jak ta biografia cukru. Pokazują one nie tylko pochodzenie rzeczy (przedmiotów lub substancji), które bardzo dobrze znamy, ponieważ są z nami od samego początku, ale wskazują również na to, że opinie na jego temat zmieniały się wraz z biegiem czasu i, co bardzo ważne, nie zawsze były pochlebne.

Książkę czyta się przyjemnie – jest napisana przystępnym językiem. Jednak niekiedy ma się wrażenie, że ogromna ilość faktów i dat to trochę za dużo. Zdaję sobie sprawę, że to, co otrzymaliśmy w „Słodziutkim” jest tylko wycinkiem historii cukru i gdyby ująć wszystkie wydarzenia, które wydarzyły się w związku z jego obecnością, ta książka nie miałaby tylu stron, ile ma.

Bardzo podoba mi się to, że autorzy zdecydowali się na opisanie konsekwencji przyjmowania zbyt dużych ilości cukru i metod walki z chorobami przez to wywołanymi. Szczególnie opowieść o tym, jak wielu naukowców próbowało metodami prób i błędów walczyć z cukrzycą i w jaki sposób wynaleziono insulinę. Naprawdę super!

Podsumowując, „Słodziutki. Biografia cukru” to bardzo interesująca książka, która opowiada o sporym wycinku historii naszej kultury. I mam nadzieję, że po jej lekturze niektórzy z Was zdecydują się na wyeliminowanie cukru z diety 🙂

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

pf_1531900065

Autor: Dariusz Korytko, Justyna Watoła
Tytuł: Słodziutki. Biografia cukru
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 360
Cena: 39,90 zł 

Nowa Fantastyka nr 7 (430) 2018

Zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Z niemałym poślizgiem, ale wreszcie udało mi się przeczytać najnowszy numer „Nowej Fantastyki”. I myślę, że zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Tak, powinnam tak zrobić. Chociaż wydaje mi się, że jednak tak fajny numer zasługuje na coś więcej niż lakoniczny wpis. Zacznijmy zatem od publicystki, która tradycyjnie trzyma bardzo wysoki poziom.

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” nr 7 (430) 2018

Tradycyjnie polecam felietony mojego ulubionego autora Łukasza Orbitowskiego, który tym razem wraca do swoich wspomnień i opisuje pierwszy horror, który obejrzał w życiu. Interesująco jest również u Tomasza Kołodziejczaka oraz Rafała Kosika. Szczególnie ten ostatni, tekstem na temat pochodzenia złych książek, nieco mnie rozbawił, zasmucił i trochę zaintrygował. Przy okazji jest to temat na czasie – na kilku blogach pojawiły się już podobne wpisy. Smuci mnie nieobecność Petera Wattsa, jego katastroficzna wizja świata bardzo mnie ostatnio zainteresowała. Niezmiennie bardzo ciekawie jest w dziale z recenzjami, dzięki czemu moja kolekcja powieści do przeczytania znów powiększyła się o jakiś milion książek 🙂

Dodatkowo artykuły. Mimo iż zazwyczaj omijam teksty Marka Starosty, przepraszam!, tym razem zaintrygował mnie lead. Felieton o nowo odkrytym narządzie w naszym ciele, interstitium, podobał mi się bardzo i przewiduję, że p. Markowi przybędzie jeszcze jeden czytelnik na stronie 🙂 Wysoka ocena należy się także Joannie Wołyńskiej za tekst o wróżkach i kulturze irlandzkiej oraz Witoldowi Vargasowi za „Siedem grzechów głównych według Bestiariusza”. Nie rozumiem za to pomysłu na „Bekzorcyzmy”. Nie wiem, może taki zwyczaj panuje w Meksyku i sam opis wykorzystania coca-coli jako pomocy w egzorcyzmach rzeczywiście może być intrygujący, ale część o słowiańskim rytuale jest nieco przekombinowana i, jak mi się wydaje, niepotrzebna.

 Opowiadania

Muszę przyznać, że w tym miesiącu redakcji udała się rzecz niebywała – skłonili mnie do przeczytania wszystkich opowiadań z aktualnego numeru – od deski do deski. Oczywiście mam swoje mniej lub bardziej ulubione teksty, jednak wszystkie, od początku do końca, są rewelacyjne i bardzo różnorodne.

Gdybym miała wybrać moje ulubione opowiadanie z tego numeru, zdecydowanie wskazałabym na „Klucz Arkynesa” Bartłomieja Dzika. Dlaczego? Po pierwsze, jest to fantasy w najlepszym wydaniu, czyli: magia, czarodzieje i gildie. W dodatku jest dosyć obszerne i napisane językiem, który sprawia, że czytelnik może poczuć zew przygody 🙂

Drugim ulubionym tekstem, chociaż nie – teraz jak o nim myślę, wydaje mi się, że najlepszym ex aequo – jest „Kiedy, jeśli nie teraz” Carol Emshwiller. Opowiada o miejscowości, w której pojawiają się nowi – wysocy, jasnoocy i nieprzytomnie bogaci- mieszkańcy. To oczywiście budzi niepokój w mieszkańcach. Gorzej dzieje się, kiedy przybysze zdają się przejmować władzę nad miasteczkiem i decydować o najważniejszych dla niego kwestiach, a na koniec znikają.

Ocena

Powinnam podsumować całość jednym słowem: Mega! Tylko, kurczę, dobrej korekty nadal brak.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1531292236

Nowe pismo na rynku, czyli „Pismo”

Sprawa nie jest nowa – numery wychodzą już od stycznia, jednak uważam, że jest godna uwagi. „Pismo” ma być polskim odpowiednikiem „New Yorkera”, czyli czasopisma opiniotwórczego, na którego łamach można przeczytać ambitne reportaże i komentarze dotyczące życia społecznego i kulturalnego oraz politycznego. Poświęca również sporo uwagi współczesnej literaturze, ponieważ publikuje się w nim opowiadania i recenzje literackie. Tak twierdzi Wikipedia. Ja ze swojej strony „New Yorkera” miałam w rękach tylko raz i muszę stwierdzić, że była to dosyć ambitna lektura. Pewnie ze względu na tę elitarność Carrie Bradshaw również czytywała to pismo…

Cóż mogę powiedzieć o „Piśmie”? Przede wszystkim to, że powyższy opis dokładnie przekazuje to, z czym mamy do czynienia właśnie z polską wersją. Znajdują się tutaj reportaże, teksty o tym, co aktualnie jest ważne z punktu widzenia społecznego nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Do tego garść informacji na temat technologii oraz innych rzeczy, na których współczesny intelektualista powinien się znać. Do tego masa reportaży i opowiadanie. Całość wygląda estetycznie (podejrzewam, że taka a nie inna gramatura papieru została wybrana celowo) i zawiera wiele ilustracji. Chociaż powinnam napisać, że zawiera wiele treści, bo przecież o to w tej gazecie chodzi: o tekst, a nie obrazki i zdjęcia.

Moja ocena

To, co przede wszystkim zwraca uwagę w „Piśmie” jest fakt, że jest to gazeta, która nakierowana jest na przekazywanie informacji i opinii drogą pisaną, nie obrazkową. Trochę to obecnie ryzykowne…ale może właśnie dlatego, że ludzie, którzy lubią czytać coraz bardziej są spragnieni długich tekstów, całe przedsięwzięcie się uda?

Nie tak dawno na jednym z blogów (uwaga!) nie o książkach, ale urodowych, pojawiło się pytanie, czy jesteśmy już zmęczeni czytaniem tak bardzo, że o wiele łatwiej jest zainteresować czytelników/odbiorców/followersów kolorowym obrazkiem lub filmikiem. I z komentarzy pod wpisem okazało się, że tak 🙁 Ja osobiście wolę przeczytać coś dłuższego, ponieważ  w mojej opinii tylko taka objętość tekstu może dać możliwość przemyślenia i przedstawienia wszystkich stron zagadnienia. Mam nadzieję, że osób podobnie do mnie myślących jest trochę więcej i „Pismo” nie zniknie z naszego rynku tak samo jak miało to miejsce z innymi czasopismami, chociażby z „Bluszczem”, które swego czasu namiętnie czytywałam.

Na zakończenie napiszę Wam, że niektóre z artykułów można sobie po prostu odsłuchać – są dostępne w formie audio. A jeśli chcecie stać się częścią redakcji, możecie przesłać swoje prace do redakcji i jeśli będą warte wydrukowania, zostaną upublicznione.

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io

„Szczęśliwa skóra” Adina Grigore

W obecnych czasach bardzo ważny jest dla nas piękny wygląd, zdrowe ciało i przede wszystkim idealna skóra. Z tego powodu staramy się inwestować w siebie: odpowiednie kosmetyki oraz zabiegi, które mają nam w tym wszystkim pomóc. Ale co jeśli to, co robimy ma odwrotny skutek i zamiast gładkiej skóry, kosmetyki powodują jeszcze więcej wyprysków, pieczenie i swędzenie, ponieważ zawierają składniki, które nie są korzystne dla naszego ciała, czyli szkodzą. Taką tezę stawia w swojej książce pt. „Szczęśliwa skóra” Adina Grigore i podaje swój przykład.

Autorka pisze, że od zawsze miała ogromne problemy skórne, na które nie pomagały żadne leki oraz kosmetyki. Było odwrotnie, maść zapobiegająca np. wypryskom drażniła skórę w innym miejscu i powodowała swędzenie, pękanie naskórka oraz inne dolegliwości.  Do czasu aż wymęczona Adina postanowiła odstawić je zupełnie, aby sprawdzić, co dokładnie nam szkodzi i to wyeliminować. W ten sposób można uleczyć się samodzielnie. Prosta sprawa.

Jak rozpoznać, co szkodzi?

Program poprawienia swojej skóry składa się tak na dobrą sprawę z dwóch etapów. Po pierwsze obserwowania tego, co się je i jego wpływu na naszą skórę oraz sprawdzenie, które kosmetyki są dla nas niedobre. Sposób jest prosty. Wystarczy przez kilka dni – minimum 3- zapisywać wszystko, co się je i dodawać uwagi na temat pojawiających się niedoskonałości oraz naszego samopoczucia. W tym czasie powinniśmy zauważyć, co jest nie tak z naszą dietą i wyeliminować składniki, które nie są korzystne. W moim przypadku to była czekolada :/, kawa oraz naturalnie fast foody. Po takiej obserwacji musimy wytrzymać bez tych produktów przetrzymać jakiś miesiąc i zacząć ponownie je wprowadzać, oczywiście stopniowo i pojedynczo. Jeśli po ich zjedzeniu będziemy czuć się źle, znaczy, że tego elementu należny unikać.

Podobna obserwacja jest zalecana w przypadku kosmetyków, Tutaj też zapisujemy wszystkie użyte produkty i eliminujemy coś, co sprawia, że wyglądamy źle. W tym miejscu Grigore podaje tabele składników, których bezwzględnie należy unikać wraz z ich nazwami handlowymi. Okazuje się, że wiele z nich znajduje się w popularnych kosmetykach – kiedy zrobiłam przegląd swojej kosmetyczki momentalnie nawróciłam się na te ekologiczne 🙂 Chociaż, jak pisze Adina Grigore, na słowo „ekologiczne” i „naturalne” należy uważać….

Dlaczego warto przeczytać?

Przede wszystkim, aby nabyć świadomość, że nie wszystko, co kupujemy w sklepach, znajduje się tam dla naszego dobra. Wiele z substancji w kosmetykach nam szkodzi, ponieważ nasze ciało nie ma siły pozbywać się trucizn, które nakładamy na siebie codziennie i z tego powodu wyglądamy źle. To stwierdzenie jest oczywiste, jeśli chodzi o jedzenie, ale nie każdy uświadamia sobie, że tak samo może być z kosmetykami. Dla kogoś, kto ma czas na produkowanie własnych kremów, autorka zamieszcza sprawdzone przepisy.

Ja zapamiętałam z tej książki wiele informacji. Przede wszystkim to, że nie zawsze warto wierzyć reklamie, która oferuje cuda i że czasami naprawdę dobre kosmetyki mogą kosztować grosze (kto przeczyta książkę, będzie wiedział, o co chodzi 🙂

Autor: Adina Grigore

Tytuł: Szczęśliwa skóra

Tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska

Wydawnictwo: Galaktyka

Ilość stron: 315

Cena: 36,90 zł

Czy warto czytać książki blogerek? 3 recenzje

Ostatnio coraz więcej na naszym rynku wydawniczym pojawia się książek, których autorkami są blogerki. No, nie da się ukryć, że blogi mają znaczny wpływ na to, w co się ubieramy, jakich używamy kosmetyków i co czytamy. Z tego też powodu, w przypadku niektórych nieco bardziej popularnych twórców, pojawiają się oferty napisania książki z danej tematyki. I tak się właśnie dzieje. Pytanie tylko pozostaje takie, czy to, co dostajemy to jeszcze jest książka, czy raczej swego rodzaju album ze zdjęciami…

 

old-1130731_1920

Moje 3 recenzje 

Swoją przygodę z poradnikami (ponieważ w większości przypadków to są właśnie poradniki) rozpoczęłam z książką „Love Style Life” Garance Dore, która jest popularną blogerką modową. I ku mojemu zdziwieniu otrzymałam grubą pozycję, na pięknym papierze i z ogromną liczbą zdjęć. Treści, czyli tego, co powinno znajdować się w książce, było niewiele. Ot, trochę historii z życia blogerki, głównie o tym, w jaki sposób zaczynała swoją przygodę z blogowaniem, oraz kilka porad (żeby nie było) – o tym, co warto założyć na siebie w danej okoliczności i jak zadbać o skórę. Z racji tego, że byłam przyzwyczajona do powieści, czyli treści z dużą ilością literek, przeczytanie jej pozostawiło niedosyt. Ot, taka literatura, żeby mieć co przeczytać w trakcie (krótkiej) podróży pociągiem i się nie zmęczyć.

Podobne odczucia miałam w przypadku lektury książki Pernille Teisbaek „Dress Scandinavian”. Przeczytałam ją bodajże w 4 godziny. Na szczęście od dawna planowałam zmianę stylu na nieco bardziej minimalistyczny, skandynawski, dlatego kwestia ubierania się jak Skandynawka była dla mnie interesująca. Książka Pernille zawiera wiele wskazówek co do tego, jakie wzory i materiały wybierać, żeby wyglądać minimalistycznie właśnie w stylu Dunek. Do tego dochodzi nieodzowna sekcja związana z urodą. Poradnik zawiera wiele zdjęć, jest zorganizowany w sposób minimalistyczny. nawet jego okładka wygląda jak z książek, które drukowane były w latach 90. ubiegłego wieku (trochę to rozczarowujące). Treści oczywiście niewiele, jednak i tak jest jej więcej i jest też o wiele bardziej interesująco niż w przypadku Garance Dore.

Dla porównania zestawiam tutaj poradnik Make Photography Easier Katarzyny Tusk, również blogerki i… muszę stwierdzić, że jestem pozytywnie zaskoczona. Oczywiście, nie ilością zdjęć, ponieważ również tutaj jest ich bardzo dużo, ale przede wszystkim wiedzą zawartą w tym poradniku. Mimo jego niewielkich rozmiarów (jakieś 150 stron), książka składa się na wiele działów i informacji, które zdają się być przydatne zarówno dla nowicjuszy, jak i osób nieco bardziej zaawansowanych w kwestii robienia bardzo ładnych zdjęć, ale poszukujących inspiracji. W porównaniu do poprzednich dwóch książek, które opisałam w tym poście, jest to pozycja, za którą stoją wiedza i doświadczenie. Oczywiście, nie ujmując nic autorkom, nie kwestionuję tutaj tego, co robią, jednak te poradniki na temat ubrania i urody wydają mi się po prostu powierzchowne i niepoważne.

Dlaczego powinieneś sięgnąć po poradnik napisany przez blogerkę? 

No właśnie, dlaczego? Postarałam się zebrać kilka argumentów za.

  • Nie lubisz czytać regularnych poradników, a wolisz skondensowane treści i przykłady w formie zdjęć,
  • Poszukujesz wiedzy aktualnej i dostosowanej do potrzeb social media,
  • Szukasz krótkiej lektury na temat interesujących Cię treści, która doskonale spełni swoje zadanie w pociągu lub autobusie,
  • Masz swoją ulubioną blogerkę lub blogera i chcesz dowiedzieć się nieco więcej na temat początków jej blogowania oraz po prostu cenisz jej/jego pracę.

 

Nie powinieneś brać się za te książki, jeśli: 

  • Lubisz powieści,
  • Nie podobają Ci się książki z przewagą zdjęć lub obrazków,
  • (niekiedy) poszukujesz głębszej analizy i wiedzy,
  • Szukasz poradnika, który będzie liczył więcej niż 150 stron.

 

Czy Wy czytacie poradniki napisane przez blogerki? Podzielcie się opinią w komentarzach!

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Skin Coach” Bożena Społowicz

Kilka miesięcy temu na rynku pojawiła się nieco kontrowersyjna książka dotycząca pielęgnacji skóry. Mam tutaj na myśli „Skin Coach” Bożeny Społowicz. Wiele osób, w tym także blogerki i instgramerki, były zachwycone takim kompendium wiedzy na temat właściwego pielęgnowania skóry. Inne zdanie miały osoby, które posiadały doświadczenie jako kosmetyczki i kosmetolodzy. Opinie na temat tej książki były podzielone i pewnie każda osoba, która teraz po nią sięga (o ile to robi) dwa razy zastanowi się nad zastosowaniem rad w niej zawartych. Ja również miałam takie podejście, jednak chciałam wyrobić sobie swoje zdanie na jej temat.
Od razu zaznaczam, że szanuję opinie autorki i, o ile nie są niezgodne z obecnym stanem wiedzy, nie mam nic przeciwko ich wygłaszaniu. Niemniej jednak znalazłam kilka kwestii, które dały mi do myślenia i sprawiły, że muszę podchodzić do nich z rezerwą. Jednak, żeby nie skupiać się tylko i wyłącznie na negatywach, zdecydowałam się podzielić tę recenzję na elementy, które w tym podręczniku pielęgnacji bardzo mi się podobały i na takie, które wzbudziły moje podejrzenia.
Podobało mi się, że:
  • autorka wspomina, że urodę i dobry wygląd skóry nie zawdzięczamy jedynie dobrze dobranym kosmetykom, ale także diecie. Bożena Społowicz zachęca do porzucenia fast foodów, przetworzonego jedzenia na rzecz ciepłych, domowych posiłków i ich powolnego spożywania.
  • zakłada, iż dla dobrego samopoczucia ważne jest dbanie o ogólny dobry stan organizmu i z tego powodu nakazuje robienie badań u lekarza.
  • wskazuje, że poprawa stanu skóry, nawet takiej ze zmarszczkami, jest możliwa i podaje wskazówki opisujące to, w jaki sposób możemy rozpocząć drogę ku lepszemu.
  • pokazuje, że poprawa stanu skóry to proces, który nie zadzieje się natychmiast. Każe czekać i obserwować pozytywne zmiany, przekonując, że potrzeba na nie czasu.
  • we współpracy z coachem stworzyła podręcznik zmian przyzwyczajeń pielęgnacyjnych i dietetycznych.
Nie podoba mi się, że:
  • podaje (w moim mniemaniu) własne klasyfikacje typów cery. Wskazuję tutaj przede wszystkim na cerę interaktywną. Pierwszy raz o niej słyszę…
  • przekonuje do suplementacji i jednocześnie nie podaje źródeł dobrych suplementów diety. Wiemy, że suplement suplementowi nie różny i tak na dobrą sprawę takie środki nie podlegają takiej kontroli jak na przykład leki, co oznacza, że wybranie odpowiedniego „wspomagania” jest trudne. Natomiast rozdział (podrozdział?) poświęcony suplementom to zaledwie jedna kolumna tekstu.
  • nieustannie atakuje blogerki i inne osoby publikujące w internecie o to, że publikują niesprawdzone informacje i tym samym powodują zamęt w głowach osób, które nie mają doświadczenia w poszukiwaniu właściwych informacji. Cóż, autorka również prowadzi swojego bloga, który, jak rozumiem, prowadzony jest z niezwykłą dbałością o wyszukiwanie najmniejszych błędów.
  • przekonuje, iż wydawanie ogromnych sum pieniędzy na polecane przez nią kosmetyki są najlepszym wyjściem. Nie przemawia do mnie argument, że z pewnością wydam na tańsze kosmetyki podobną sumę. Wiem, że nie wydam, więc argumentowanie, że polecane (nieznane mi) marki są dobre tylko dlatego, że ktoś o nich pisze dobrze w swojej książce, mnie nie przekonuje. Biorąc pod uwagę to, że autorka nie zezwala na stosowanie testerów i próbek…Nie kupuję w ciemno produktów o wartości 200 złotych w górę.
  • twierdzi, iż skóra w nocy zregeneruje się sama bez potrzeby nakładania na nią kremu. Próbowałam. Moja była szorstka i pokryta warstewką sebum (mam tłustą). Nic przyjemnego, także dziękuję.

 

Ocena: Cóż, mogę stwierdzić, że w tym przypadku czytacie na własną odpowiedzialność. I o ile z niektórymi kwestiami mogę się zgodzić, chociażby z tym, że cerze tłustej olejowanie jak najbardziej nie służy, wiele rzeczy w tym podręczniku jest kontrowersyjnych i dla mnie nie do przyjęcia. Obawiam się też, że autorka, która chciała sprawić, że wreszcie nie będziemy przerzucać stron internetowych w poszukiwaniu sprawdzonych i wiarygodnych informacji, sama wprowadziła chaos. Szkoda, bo bardzo dużo obiecywałam sobie po tej książce.
Autor: Bożena Społowicz
Tytuł: Skin Coach
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 290
Cena: 44,90 zł