„Słodziutki. Biografia cukru” D. Korytko, J. Watoła

Cukier znamy wszyscy i niemal wszyscy go lubimy. Mimo tego, że coraz więcej wiemy o jego niekorzystnym działaniu na nasz organizm

Reklamy

Książka, o której mam zamiar napisać dzisiaj nie jest kolejnym poradnikiem na temat tego, w jaki sposób pozbyć się uzależnienia od „słodziutkiego”, ale przedstawia dzieje tej substancji w naszej kulturze.

I jest to coś, co naprawdę może zaskoczyć. Po pierwsze dlatego, że z pewnością nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cukier jest obecny na świecie od setek lat, ale również z tego powodu, iż wielu ludzi przez niego cierpiało lub zginęło (wiedzieliście o tym!?). No, ale zacznijmy od początku.

Początku cukru w Europie

Wraz z wyprawami morskimi, kiedy to wielu podróżników takich jak Krzysztof Kolumb lub Vasco da Gama opływali świat, w życiu europejskich elit pojawiła się pewna brązowa substancja – cukier trzcinowy. Mieszkańcy najechanych ziem w ramach gościnności lub wdzięczności dla przybyszów podarowali im coś naprawdę cennego w ich kulturze – sadzonki trzciny cukrowej. I w sumie tak można byłoby zakończyć całą historię, ponieważ wszyscy pewnie domyślają się, co wydarzyło się dalej. Nowo przybyli postanowili uprawiać trzcinę na plantacjach po to, żeby zarabiać na handlu cukrem – towarem deficytowym i zarezerwowanym jedynie dla możnych ówczesnego świata. Którzy, nie da się ukryć, mieli z nim nie lada problemy… zdrowotne. Ot taki Ludwik XIV albo królowa Elżbieta I to jedne z wielu przykładów władców, którzy uzależnieni od cukru poważnie podupadli na zdrowiu, a konsekwencje jego nadużywania ukrywali pod ubraniami, makijażami, itp.

Nie da się ukryć, że wraz z rozrastaniem się plantacji na podbitych kontynentach potrzeba było nowych rąk do pracy i żeby zapewnić pracowników „wymyślono” niewolnictwo. Jak pokazują autorzy książki, plantacje trzciny cukrowej zebrały bardzo krwawe żniwo – wielu niewolników ginęło lub zostało okaleczonych właśnie z tego powodu, że popyt na cukier ciągle rósł.

Co było potem…

Potężne koszty produkcji i dostarczania cukru z Ameryki Południowej i Północnej sprawiły, że zaczęto szukać alternatywy. Badaczom udało się wyizolować cukier biały z buraka, jednak koszty takiej produkcji były bardzo wysokie, a całe przedsięwzięcie mało opłacalne. Jednak wraz z biegiem czasu sztuka ta udawała się coraz bardziej, a cukier biały stawał się coraz bardziej powszechny – tak bardzo, że książki kucharskie zawierały dziesiątki stron poświęconych słodkościom, a sztuka przygotowywania deserów mocno się rozwinęła.

Jednak wraz z upowszechnieniem się cukru, pojawiły się choroby związane z jego nadużywaniem. Chodzi tutaj głównie o cukrzycę. Podejmując walkę z chorobą, która w początkowych latach była śmiertelna – po prostu wykańczała organizm, ponieważ nikt nie znał sposobów walczenia z nią – ludzie chwytali się różnych metod: diet, głodówek, badań oraz, w końcu, uciążliwych, ale pozwalających na jako takie życie, zastrzyków i pomiarów stężenia cukru we krwi. Ta opowieść to bardzo ważna część tej książki, ponieważ pokazuje, co nadmiar „słodziutkiego” może zrobić z organizmem i w jaki sposób badania naukowe na ten temat zostały zafałszowane lub ukryte przed opinią publiczną.

Ocena

Cóż, autorzy biografii cukru starali się pokazać, jaki wpływ na naszą kulturę miał i ma cukier. Udało im się wskazać na to, jakie zagrożenia dla zdrowia niesie za sobą jego nadużywanie, a przecież w obecnych czasach bardzo łatwo jest przedawkować cukier. W końcu dodawany jest niemal do wszystkiego, a nazw oznaczających jakiś jego rodzaj jest tak dużo, że trudno się w nich wszystkich połapać, a przed zakupem jakiegokolwiek produktu żywnościowego trzeba byłoby dokładnie przeanalizować skład.

Myślę, że dobrze, iż pojawiają się takie książki, jak ta biografia cukru. Pokazują one nie tylko pochodzenie rzeczy (przedmiotów lub substancji), które bardzo dobrze znamy, ponieważ są z nami od samego początku, ale wskazują również na to, że opinie na jego temat zmieniały się wraz z biegiem czasu i, co bardzo ważne, nie zawsze były pochlebne.

Książkę czyta się przyjemnie – jest napisana przystępnym językiem. Jednak niekiedy ma się wrażenie, że ogromna ilość faktów i dat to trochę za dużo. Zdaję sobie sprawę, że to, co otrzymaliśmy w „Słodziutkim” jest tylko wycinkiem historii cukru i gdyby ująć wszystkie wydarzenia, które wydarzyły się w związku z jego obecnością, ta książka nie miałaby tylu stron, ile ma.

Bardzo podoba mi się to, że autorzy zdecydowali się na opisanie konsekwencji przyjmowania zbyt dużych ilości cukru i metod walki z chorobami przez to wywołanymi. Szczególnie opowieść o tym, jak wielu naukowców próbowało metodami prób i błędów walczyć z cukrzycą i w jaki sposób wynaleziono insulinę. Naprawdę super!

Podsumowując, „Słodziutki. Biografia cukru” to bardzo interesująca książka, która opowiada o sporym wycinku historii naszej kultury. I mam nadzieję, że po jej lekturze niektórzy z Was zdecydują się na wyeliminowanie cukru z diety 🙂

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

pf_1531900065

Autor: Dariusz Korytko, Justyna Watoła
Tytuł: Słodziutki. Biografia cukru
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 360
Cena: 39,90 zł 
Reklamy

Nowa Fantastyka nr 7 (430) 2018

Zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Z niemałym poślizgiem, ale wreszcie udało mi się przeczytać najnowszy numer „Nowej Fantastyki”. I myślę, że zamiast pisać obszerną recenzję, powinnam po prostu pozostawić tutaj taki komentarz: „Jest super, lećcie do kiosków!”.

Tak, powinnam tak zrobić. Chociaż wydaje mi się, że jednak tak fajny numer zasługuje na coś więcej niż lakoniczny wpis. Zacznijmy zatem od publicystki, która tradycyjnie trzyma bardzo wysoki poziom.

Publicystyka w „Nowej Fantastyce” nr 7 (430) 2018

Tradycyjnie polecam felietony mojego ulubionego autora Łukasza Orbitowskiego, który tym razem wraca do swoich wspomnień i opisuje pierwszy horror, który obejrzał w życiu. Interesująco jest również u Tomasza Kołodziejczaka oraz Rafała Kosika. Szczególnie ten ostatni, tekstem na temat pochodzenia złych książek, nieco mnie rozbawił, zasmucił i trochę zaintrygował. Przy okazji jest to temat na czasie – na kilku blogach pojawiły się już podobne wpisy. Smuci mnie nieobecność Petera Wattsa, jego katastroficzna wizja świata bardzo mnie ostatnio zainteresowała. Niezmiennie bardzo ciekawie jest w dziale z recenzjami, dzięki czemu moja kolekcja powieści do przeczytania znów powiększyła się o jakiś milion książek 🙂

Dodatkowo artykuły. Mimo iż zazwyczaj omijam teksty Marka Starosty, przepraszam!, tym razem zaintrygował mnie lead. Felieton o nowo odkrytym narządzie w naszym ciele, interstitium, podobał mi się bardzo i przewiduję, że p. Markowi przybędzie jeszcze jeden czytelnik na stronie 🙂 Wysoka ocena należy się także Joannie Wołyńskiej za tekst o wróżkach i kulturze irlandzkiej oraz Witoldowi Vargasowi za „Siedem grzechów głównych według Bestiariusza”. Nie rozumiem za to pomysłu na „Bekzorcyzmy”. Nie wiem, może taki zwyczaj panuje w Meksyku i sam opis wykorzystania coca-coli jako pomocy w egzorcyzmach rzeczywiście może być intrygujący, ale część o słowiańskim rytuale jest nieco przekombinowana i, jak mi się wydaje, niepotrzebna.

 Opowiadania

Muszę przyznać, że w tym miesiącu redakcji udała się rzecz niebywała – skłonili mnie do przeczytania wszystkich opowiadań z aktualnego numeru – od deski do deski. Oczywiście mam swoje mniej lub bardziej ulubione teksty, jednak wszystkie, od początku do końca, są rewelacyjne i bardzo różnorodne.

Gdybym miała wybrać moje ulubione opowiadanie z tego numeru, zdecydowanie wskazałabym na „Klucz Arkynesa” Bartłomieja Dzika. Dlaczego? Po pierwsze, jest to fantasy w najlepszym wydaniu, czyli: magia, czarodzieje i gildie. W dodatku jest dosyć obszerne i napisane językiem, który sprawia, że czytelnik może poczuć zew przygody 🙂

Drugim ulubionym tekstem, chociaż nie – teraz jak o nim myślę, wydaje mi się, że najlepszym ex aequo – jest „Kiedy, jeśli nie teraz” Carol Emshwiller. Opowiada o miejscowości, w której pojawiają się nowi – wysocy, jasnoocy i nieprzytomnie bogaci- mieszkańcy. To oczywiście budzi niepokój w mieszkańcach. Gorzej dzieje się, kiedy przybysze zdają się przejmować władzę nad miasteczkiem i decydować o najważniejszych dla niego kwestiach, a na koniec znikają.

Ocena

Powinnam podsumować całość jednym słowem: Mega! Tylko, kurczę, dobrej korekty nadal brak.

 

Pozdrawiam,

Ania

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

pf_1531292236

Nowe pismo na rynku, czyli „Pismo”

Sprawa nie jest nowa – numery wychodzą już od stycznia, jednak uważam, że jest godna uwagi. „Pismo” ma być polskim odpowiednikiem „New Yorkera”, czyli czasopisma opiniotwórczego, na którego łamach można przeczytać ambitne reportaże i komentarze dotyczące życia społecznego i kulturalnego oraz politycznego. Poświęca również sporo uwagi współczesnej literaturze, ponieważ publikuje się w nim opowiadania i recenzje literackie. Tak twierdzi Wikipedia. Ja ze swojej strony „New Yorkera” miałam w rękach tylko raz i muszę stwierdzić, że była to dosyć ambitna lektura. Pewnie ze względu na tę elitarność Carrie Bradshaw również czytywała to pismo…

Cóż mogę powiedzieć o „Piśmie”? Przede wszystkim to, że powyższy opis dokładnie przekazuje to, z czym mamy do czynienia właśnie z polską wersją. Znajdują się tutaj reportaże, teksty o tym, co aktualnie jest ważne z punktu widzenia społecznego nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Do tego garść informacji na temat technologii oraz innych rzeczy, na których współczesny intelektualista powinien się znać. Do tego masa reportaży i opowiadanie. Całość wygląda estetycznie (podejrzewam, że taka a nie inna gramatura papieru została wybrana celowo) i zawiera wiele ilustracji. Chociaż powinnam napisać, że zawiera wiele treści, bo przecież o to w tej gazecie chodzi: o tekst, a nie obrazki i zdjęcia.

Moja ocena

To, co przede wszystkim zwraca uwagę w „Piśmie” jest fakt, że jest to gazeta, która nakierowana jest na przekazywanie informacji i opinii drogą pisaną, nie obrazkową. Trochę to obecnie ryzykowne…ale może właśnie dlatego, że ludzie, którzy lubią czytać coraz bardziej są spragnieni długich tekstów, całe przedsięwzięcie się uda?

Nie tak dawno na jednym z blogów (uwaga!) nie o książkach, ale urodowych, pojawiło się pytanie, czy jesteśmy już zmęczeni czytaniem tak bardzo, że o wiele łatwiej jest zainteresować czytelników/odbiorców/followersów kolorowym obrazkiem lub filmikiem. I z komentarzy pod wpisem okazało się, że tak 🙁 Ja osobiście wolę przeczytać coś dłuższego, ponieważ  w mojej opinii tylko taka objętość tekstu może dać możliwość przemyślenia i przedstawienia wszystkich stron zagadnienia. Mam nadzieję, że osób podobnie do mnie myślących jest trochę więcej i „Pismo” nie zniknie z naszego rynku tak samo jak miało to miejsce z innymi czasopismami, chociażby z „Bluszczem”, które swego czasu namiętnie czytywałam.

Na zakończenie napiszę Wam, że niektóre z artykułów można sobie po prostu odsłuchać – są dostępne w formie audio. A jeśli chcecie stać się częścią redakcji, możecie przesłać swoje prace do redakcji i jeśli będą warte wydrukowania, zostaną upublicznione.

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

 

Fotoram.io

„Szczęśliwa skóra” Adina Grigore

W obecnych czasach bardzo ważny jest dla nas piękny wygląd, zdrowe ciało i przede wszystkim idealna skóra. Z tego powodu staramy się inwestować w siebie: odpowiednie kosmetyki oraz zabiegi, które mają nam w tym wszystkim pomóc. Ale co jeśli to, co robimy ma odwrotny skutek i zamiast gładkiej skóry, kosmetyki powodują jeszcze więcej wyprysków, pieczenie i swędzenie, ponieważ zawierają składniki, które nie są korzystne dla naszego ciała, czyli szkodzą. Taką tezę stawia w swojej książce pt. „Szczęśliwa skóra” Adina Grigore i podaje swój przykład.

Autorka pisze, że od zawsze miała ogromne problemy skórne, na które nie pomagały żadne leki oraz kosmetyki. Było odwrotnie, maść zapobiegająca np. wypryskom drażniła skórę w innym miejscu i powodowała swędzenie, pękanie naskórka oraz inne dolegliwości.  Do czasu aż wymęczona Adina postanowiła odstawić je zupełnie, aby sprawdzić, co dokładnie nam szkodzi i to wyeliminować. W ten sposób można uleczyć się samodzielnie. Prosta sprawa.

Jak rozpoznać, co szkodzi?

Program poprawienia swojej skóry składa się tak na dobrą sprawę z dwóch etapów. Po pierwsze obserwowania tego, co się je i jego wpływu na naszą skórę oraz sprawdzenie, które kosmetyki są dla nas niedobre. Sposób jest prosty. Wystarczy przez kilka dni – minimum 3- zapisywać wszystko, co się je i dodawać uwagi na temat pojawiających się niedoskonałości oraz naszego samopoczucia. W tym czasie powinniśmy zauważyć, co jest nie tak z naszą dietą i wyeliminować składniki, które nie są korzystne. W moim przypadku to była czekolada :/, kawa oraz naturalnie fast foody. Po takiej obserwacji musimy wytrzymać bez tych produktów przetrzymać jakiś miesiąc i zacząć ponownie je wprowadzać, oczywiście stopniowo i pojedynczo. Jeśli po ich zjedzeniu będziemy czuć się źle, znaczy, że tego elementu należny unikać.

Podobna obserwacja jest zalecana w przypadku kosmetyków, Tutaj też zapisujemy wszystkie użyte produkty i eliminujemy coś, co sprawia, że wyglądamy źle. W tym miejscu Grigore podaje tabele składników, których bezwzględnie należy unikać wraz z ich nazwami handlowymi. Okazuje się, że wiele z nich znajduje się w popularnych kosmetykach – kiedy zrobiłam przegląd swojej kosmetyczki momentalnie nawróciłam się na te ekologiczne 🙂 Chociaż, jak pisze Adina Grigore, na słowo „ekologiczne” i „naturalne” należy uważać….

Dlaczego warto przeczytać?

Przede wszystkim, aby nabyć świadomość, że nie wszystko, co kupujemy w sklepach, znajduje się tam dla naszego dobra. Wiele z substancji w kosmetykach nam szkodzi, ponieważ nasze ciało nie ma siły pozbywać się trucizn, które nakładamy na siebie codziennie i z tego powodu wyglądamy źle. To stwierdzenie jest oczywiste, jeśli chodzi o jedzenie, ale nie każdy uświadamia sobie, że tak samo może być z kosmetykami. Dla kogoś, kto ma czas na produkowanie własnych kremów, autorka zamieszcza sprawdzone przepisy.

Ja zapamiętałam z tej książki wiele informacji. Przede wszystkim to, że nie zawsze warto wierzyć reklamie, która oferuje cuda i że czasami naprawdę dobre kosmetyki mogą kosztować grosze (kto przeczyta książkę, będzie wiedział, o co chodzi 🙂

Autor: Adina Grigore

Tytuł: Szczęśliwa skóra

Tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska

Wydawnictwo: Galaktyka

Ilość stron: 315

Cena: 36,90 zł

Czy warto czytać książki blogerek? 3 recenzje

Ostatnio coraz więcej na naszym rynku wydawniczym pojawia się książek, których autorkami są blogerki. No, nie da się ukryć, że blogi mają znaczny wpływ na to, w co się ubieramy, jakich używamy kosmetyków i co czytamy. Z tego też powodu, w przypadku niektórych nieco bardziej popularnych twórców, pojawiają się oferty napisania książki z danej tematyki. I tak się właśnie dzieje. Pytanie tylko pozostaje takie, czy to, co dostajemy to jeszcze jest książka, czy raczej swego rodzaju album ze zdjęciami…

 

old-1130731_1920

Moje 3 recenzje 

Swoją przygodę z poradnikami (ponieważ w większości przypadków to są właśnie poradniki) rozpoczęłam z książką „Love Style Life” Garance Dore, która jest popularną blogerką modową. I ku mojemu zdziwieniu otrzymałam grubą pozycję, na pięknym papierze i z ogromną liczbą zdjęć. Treści, czyli tego, co powinno znajdować się w książce, było niewiele. Ot, trochę historii z życia blogerki, głównie o tym, w jaki sposób zaczynała swoją przygodę z blogowaniem, oraz kilka porad (żeby nie było) – o tym, co warto założyć na siebie w danej okoliczności i jak zadbać o skórę. Z racji tego, że byłam przyzwyczajona do powieści, czyli treści z dużą ilością literek, przeczytanie jej pozostawiło niedosyt. Ot, taka literatura, żeby mieć co przeczytać w trakcie (krótkiej) podróży pociągiem i się nie zmęczyć.

Podobne odczucia miałam w przypadku lektury książki Pernille Teisbaek „Dress Scandinavian”. Przeczytałam ją bodajże w 4 godziny. Na szczęście od dawna planowałam zmianę stylu na nieco bardziej minimalistyczny, skandynawski, dlatego kwestia ubierania się jak Skandynawka była dla mnie interesująca. Książka Pernille zawiera wiele wskazówek co do tego, jakie wzory i materiały wybierać, żeby wyglądać minimalistycznie właśnie w stylu Dunek. Do tego dochodzi nieodzowna sekcja związana z urodą. Poradnik zawiera wiele zdjęć, jest zorganizowany w sposób minimalistyczny. nawet jego okładka wygląda jak z książek, które drukowane były w latach 90. ubiegłego wieku (trochę to rozczarowujące). Treści oczywiście niewiele, jednak i tak jest jej więcej i jest też o wiele bardziej interesująco niż w przypadku Garance Dore.

Dla porównania zestawiam tutaj poradnik Make Photography Easier Katarzyny Tusk, również blogerki i… muszę stwierdzić, że jestem pozytywnie zaskoczona. Oczywiście, nie ilością zdjęć, ponieważ również tutaj jest ich bardzo dużo, ale przede wszystkim wiedzą zawartą w tym poradniku. Mimo jego niewielkich rozmiarów (jakieś 150 stron), książka składa się na wiele działów i informacji, które zdają się być przydatne zarówno dla nowicjuszy, jak i osób nieco bardziej zaawansowanych w kwestii robienia bardzo ładnych zdjęć, ale poszukujących inspiracji. W porównaniu do poprzednich dwóch książek, które opisałam w tym poście, jest to pozycja, za którą stoją wiedza i doświadczenie. Oczywiście, nie ujmując nic autorkom, nie kwestionuję tutaj tego, co robią, jednak te poradniki na temat ubrania i urody wydają mi się po prostu powierzchowne i niepoważne.

Dlaczego powinieneś sięgnąć po poradnik napisany przez blogerkę? 

No właśnie, dlaczego? Postarałam się zebrać kilka argumentów za.

  • Nie lubisz czytać regularnych poradników, a wolisz skondensowane treści i przykłady w formie zdjęć,
  • Poszukujesz wiedzy aktualnej i dostosowanej do potrzeb social media,
  • Szukasz krótkiej lektury na temat interesujących Cię treści, która doskonale spełni swoje zadanie w pociągu lub autobusie,
  • Masz swoją ulubioną blogerkę lub blogera i chcesz dowiedzieć się nieco więcej na temat początków jej blogowania oraz po prostu cenisz jej/jego pracę.

 

Nie powinieneś brać się za te książki, jeśli: 

  • Lubisz powieści,
  • Nie podobają Ci się książki z przewagą zdjęć lub obrazków,
  • (niekiedy) poszukujesz głębszej analizy i wiedzy,
  • Szukasz poradnika, który będzie liczył więcej niż 150 stron.

 

Czy Wy czytacie poradniki napisane przez blogerki? Podzielcie się opinią w komentarzach!

Pozdrawiam,

Ania

 

P.S. Po codzienną dawkę książek zapraszam na mój Instagram Subiektywna Lista Lektur  (klik)

„Skin Coach” Bożena Społowicz

Kilka miesięcy temu na rynku pojawiła się nieco kontrowersyjna książka dotycząca pielęgnacji skóry. Mam tutaj na myśli „Skin Coach” Bożeny Społowicz. Wiele osób, w tym także blogerki i instgramerki, były zachwycone takim kompendium wiedzy na temat właściwego pielęgnowania skóry. Inne zdanie miały osoby, które posiadały doświadczenie jako kosmetyczki i kosmetolodzy. Opinie na temat tej książki były podzielone i pewnie każda osoba, która teraz po nią sięga (o ile to robi) dwa razy zastanowi się nad zastosowaniem rad w niej zawartych. Ja również miałam takie podejście, jednak chciałam wyrobić sobie swoje zdanie na jej temat.
Od razu zaznaczam, że szanuję opinie autorki i, o ile nie są niezgodne z obecnym stanem wiedzy, nie mam nic przeciwko ich wygłaszaniu. Niemniej jednak znalazłam kilka kwestii, które dały mi do myślenia i sprawiły, że muszę podchodzić do nich z rezerwą. Jednak, żeby nie skupiać się tylko i wyłącznie na negatywach, zdecydowałam się podzielić tę recenzję na elementy, które w tym podręczniku pielęgnacji bardzo mi się podobały i na takie, które wzbudziły moje podejrzenia.
Podobało mi się, że:
  • autorka wspomina, że urodę i dobry wygląd skóry nie zawdzięczamy jedynie dobrze dobranym kosmetykom, ale także diecie. Bożena Społowicz zachęca do porzucenia fast foodów, przetworzonego jedzenia na rzecz ciepłych, domowych posiłków i ich powolnego spożywania.
  • zakłada, iż dla dobrego samopoczucia ważne jest dbanie o ogólny dobry stan organizmu i z tego powodu nakazuje robienie badań u lekarza.
  • wskazuje, że poprawa stanu skóry, nawet takiej ze zmarszczkami, jest możliwa i podaje wskazówki opisujące to, w jaki sposób możemy rozpocząć drogę ku lepszemu.
  • pokazuje, że poprawa stanu skóry to proces, który nie zadzieje się natychmiast. Każe czekać i obserwować pozytywne zmiany, przekonując, że potrzeba na nie czasu.
  • we współpracy z coachem stworzyła podręcznik zmian przyzwyczajeń pielęgnacyjnych i dietetycznych.
Nie podoba mi się, że:
  • podaje (w moim mniemaniu) własne klasyfikacje typów cery. Wskazuję tutaj przede wszystkim na cerę interaktywną. Pierwszy raz o niej słyszę…
  • przekonuje do suplementacji i jednocześnie nie podaje źródeł dobrych suplementów diety. Wiemy, że suplement suplementowi nie różny i tak na dobrą sprawę takie środki nie podlegają takiej kontroli jak na przykład leki, co oznacza, że wybranie odpowiedniego „wspomagania” jest trudne. Natomiast rozdział (podrozdział?) poświęcony suplementom to zaledwie jedna kolumna tekstu.
  • nieustannie atakuje blogerki i inne osoby publikujące w internecie o to, że publikują niesprawdzone informacje i tym samym powodują zamęt w głowach osób, które nie mają doświadczenia w poszukiwaniu właściwych informacji. Cóż, autorka również prowadzi swojego bloga, który, jak rozumiem, prowadzony jest z niezwykłą dbałością o wyszukiwanie najmniejszych błędów.
  • przekonuje, iż wydawanie ogromnych sum pieniędzy na polecane przez nią kosmetyki są najlepszym wyjściem. Nie przemawia do mnie argument, że z pewnością wydam na tańsze kosmetyki podobną sumę. Wiem, że nie wydam, więc argumentowanie, że polecane (nieznane mi) marki są dobre tylko dlatego, że ktoś o nich pisze dobrze w swojej książce, mnie nie przekonuje. Biorąc pod uwagę to, że autorka nie zezwala na stosowanie testerów i próbek…Nie kupuję w ciemno produktów o wartości 200 złotych w górę.
  • twierdzi, iż skóra w nocy zregeneruje się sama bez potrzeby nakładania na nią kremu. Próbowałam. Moja była szorstka i pokryta warstewką sebum (mam tłustą). Nic przyjemnego, także dziękuję.

 

Ocena: Cóż, mogę stwierdzić, że w tym przypadku czytacie na własną odpowiedzialność. I o ile z niektórymi kwestiami mogę się zgodzić, chociażby z tym, że cerze tłustej olejowanie jak najbardziej nie służy, wiele rzeczy w tym podręczniku jest kontrowersyjnych i dla mnie nie do przyjęcia. Obawiam się też, że autorka, która chciała sprawić, że wreszcie nie będziemy przerzucać stron internetowych w poszukiwaniu sprawdzonych i wiarygodnych informacji, sama wprowadziła chaos. Szkoda, bo bardzo dużo obiecywałam sobie po tej książce.
Autor: Bożena Społowicz
Tytuł: Skin Coach
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 290
Cena: 44,90 zł

„Pogromca lwów” Camilla Lackberg

Kolejna powieść autorki poczytnych szwedzkich kryminałów.

 

Pomimo że ta książka została opublikowana jakiś czas temu, ale nie miałam wcześniej czasu, żeby ją przeczytać. Nawet po tym, jak zarekomendowali mi ją wszyscy znajomi, nie miałam na nią ochoty. To był błąd, ponieważ to dobra książka.
sunset-3132179_1920
Akcja rozgrywa się tradycyjnie we Fjallbackce, miasteczku w Szwecji, Tym razem Erika Falck opisuje morderstwo w tzw. Strasznym Domu, mieszczącym się niedaleko jej miejsca zamieszkania. Sprawa jednak jest dziwnie powiązana ze śledztwem, które prowadzi policja, a dotyczącym zaginięcia dziewczynek.
Muszę przyznać, że bardzo wciągnęła mnie ta powieść. Lubię szwedzkie kryminały, a ten szczególnie przypadł mi do gustu. Akcja toczy się wartko, właściwie nie miałam ochoty odkładać książki na miejsce, byleby tylko dowiedzieć się, co stanie się dalej. Pewnie z tego powodu przeczytałam ją w cztery dni 🙂
Bardzo cieszę się, że oprócz ciekawych wydarzeń, jest jeszcze dobrze napisana. Nie wiem tylko, czy jest to kwestia dobrego tłumaczenia, czy książki te w oryginale też charakteryzują się dobrym językiem. Nie mogę przyczepić się także do redakcji i korekty.
Zachęcam Was do sięgnięcia po tę powieść.
Tytuł: Pogromca lwów
Autor: Camilla Lackberg
Tytuł oryginalny: Lejontamjaren
Tłumaczenie: Inga Sawicka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 428
Cena: 34,99 zł

Bobbi Brown „Magia spojrzenia”

Tę książkę kupiłam sobie w tamtym roku, jednak, muszę szczerze to przyznać, nie miałam okazji do niej zasiąść. A szkoda, ponieważ ta niewielka pozycja zawiera bardzo dużo porad na temat tego, w jaki sposób podkreślać oczy, brwi tak, żeby wydobyć z nich to, co najlepsze.

Dlaczego warto?
Jest kilka powodów, dla których bardzo polecam tę książkę. Przedstawiam je pokrótce poniżej.
bobbi
Bobbi Brown „Magia spojrzenia”
  • Bobbi Brown jest jedną z najlepszych na świecie makijażystek, której kunszt podziwiany jest nie tylko przez celebrytki (jej klientki), ale także innych profesjonalistów z tej branży.
  • Każdy dział, czyli: przygotowanie oka, nakładanie cieni, robienie kresek i aplikowanie sztucznych rzęs opatrzony jest komentarzem. W tej książce znajduje się wiele rad na temat tego, co robić, a czego nie, żeby makijaż wydobył najlepsze cechy i trzymał się długo.
  • Baaardzo dużo zdjęć. Niektóre z nich to gotowe tutoriale, w których krok po kroku można wykonać niesamowite makijaże.
  • Porady dotyczące tego, jak sprawić, żeby make-up był jeszcze bardziej spektakularny.
  • Na pierwszych stronach książki dowiadujemy się, jakie pędzle są niezbędne dla nakładania cieni, aplikowania korektora, pudru i wielu innych kosmetyków. Zostały sfotografowane i opisane tak, że dokładnie wiadomo, który z nich kupić i jak ich używać.
  • Porady dotyczące pielęgnacji skóry wokół oczu to prawdziwa perełka. Bobbi Brown nie skupia się tylko i wyłącznie na pokazaniu makijażu, ale też na przygotowaniu okolic oczu. Dlatego w książce można poczytać o naturalnych zabiegach, na przykład tych zapobiegających powstawaniu opuchlizny wokół oczu (woreczki po herbacie, aspiryna, itp), ale także porady lekarzy. Dodatkowo porady, jak dobrać odpowiedni krem pod oczy i jakie ten kosmetyk powinien zawierać składniki.
  • Krótki opis pielęgnacji pędzli.
  • Poradnik dobierania oprawek okularów do swojego typu urody i rysów twarzy.
Ocena: Książka ma 120 stron, wydana jest na pięknym, woskowanym papierze. Sprawia wrażenie większej niż jest. Ale nie wolno oceniać jej zawartości po rozmiarze. Poradnik zawiera tak ogromną porcję wiedzy, że nie sposób z niej nie skorzystać. Biorąc pod uwagę to, że wszystko opatrzone jest prostymi do wykonania instrukcjami i zdjęciami, makijaż oczy powinien robić się sam. Bardzo przydatna książka dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z make-upem.

Autor: Bobbi Brown, Sara Bliss
Tytuł: Magia spojrzenia. Profesjonalne techniki, niezbędne narzędzia, zachwycające stylizacje
Tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska
Wydawnictwo: Galaktyka
Ilość stron: 120
Cena: 39,90 zł

Martina Fontana „Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików”

Książek na temat zdrowego trybu życia nigdy za mało, szczególnie takich, które powinny pomóc nam pozbyć się uzależnienia od cukru. Z tego powodu zdecydowałam się na sięgniecie po tę pozycję. Mimo że nie mam ciągot do słodyczy (już nie!), postanowiłam zasięgnąć nieco wiedzy na temat tego, co może jeszcze powinnam zrobić, aby czuć się lepiej. Dlatego recenzja tego poradnika.
gummibar-1618074_1280
Jak można przeczytać na okładce, niemal 91% Polaków sięga po słodkie produkty. Stały się one nie tylko ulubionym produktem dzieci, ale również stałym elementem w naszej kulturze, ponieważ, kiedy nie wiemy, co kupić komuś na prezent – dajemy mu…słodycze. Jak przekonuje autorka, takim sposobem staliśmy się niejako ofiarami przemysłu spożywczego.
Dużo w tej książce oskarżeń pod jego adresem… Czy słusznie, czy nie musicie zdecydować sami, kiedy już ją przeczytacie. Faktem jest, że wraz z coraz szybszym trybem życia, skupiamy się na kupowaniu produktów, które chociaż w niewielkim stopniu upraszczają nam wykonywanie codziennych posiłków. Fast food, przetworzone jedzenie, bardzo szybko można wrzucić je do mikrofalówki lub piekarnika i zapomnieć o sprawie. Nie pamiętamy również o tym, że takie na wpół przygotowane surowce zawierają wiele niepotrzebnych lub nawet szkodliwych dla nas składników: soli, konserwantów i cukru, który jest obecny nawet w jedzeniu, które nie wydaje się słodkie (keczup lub chleb).
Wychodzi zatem, że aby pozbyć się dolegliwości, schudnąć bez diety i cieszyć się piękną sylwetką trzeba odstawić cukier. I w tym ma pomóc nam książka Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików Martiny Fontany. Martina podaje wiele sposobów na to, aby ocenić, na jakim stadium uzależnienia od cukru się znajdujemy – to określa się niemal na samym początku tego, nie boję się napisać, podręcznika. Kiedy znany jest typ (ja robiłam go już po detoksie, więc u mnie wyszło, że jestem w stanie wytrzymać bez słodyczy na prawdę długo, ale podejrzewam, że jeszcze we wrześniu wyszłoby mi, że jestem totalnie uzależniona i nie ma dla mnie ratunku), pokazuje techniki rzucania słodyczy.
coconut-oil-on-wooden-spoon-2090575_1920
I tutaj pojawia się część, która nie do końca mnie przekonuje. Z jednej strony wiem, że nie wszyscy mieli „komfort” odrzucania słodyczy w trakcie zatrucia pokarmowego, kiedy ogólnie bardzo źle się czujemy, i potrzebują wizualizacji oraz ścisłej kontroli tego, co jedzą w formie dzienniczka samokontorli. Metod stosowanych w odtruwaniu organizmu jest tutaj wiele i jest to ogromna zaleta tej książki.Podobnie zresztą jak zwrócenie uwagi na właściwe odżywianie jako całości , czyli żegnając się z cukrem, odstawiamy zbyt słone i tłuste potrawy, późne jedzenie, fast foody i brak ruchu. Witamy za to posiłki przygotowywanie w domu, samodzielnie, ruch i gubienie kilogramów bez diet i efektu jo-jo. To podejście bardzo mi się podoba.
Nie podobają mi się jednak: nieustanne oskarżenia rzucane w stronę przemysłu spożywczego, który jest obwiniany o to, że jesteśmy coraz grubsi i bardziej chorzy, ponieważ nie jesteśmy bezwolnymi marionetkami i możemy sami decydować o tym, co jemy. Nie lubię głupkowatego tonu (w niektórych) fragmentach książki, ponieważ jest ona kierowana do osób dorosłych i kwestia zdrowia nie powinna być aż tak trywializowana i bagatelizowana.
Czy warto przeczytać Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików Martiny Fontany? Myślę, że tak, ponieważ pomimo kilku sporych wad, ma ona jednak sporo zalet. Dlatego przymknijcie oko na głupkowatą manierę autorki i skorzystajcie z jej porad!
Autor: Martina Fontana
Tytuł: Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików
Tytuł oryginalny: Voll auf Zucker!: Wie Sie die Sucht nach Süßem überwinden
Wydawnictwo: Grupa wydawnicza Relacja
Ilość stron: 145
Cena: 30 zł

„Przebudzenie” Stephen King

Mistrz grozy i horroru tradycyjnie w dobrej formie.

Bardzo ucieszyłam się, kiedy okazało się, że w sprzedaży pojawiła się nowa książka Kinga. Lubię, horrory, nie zamierzam tego ukrywać. Tak samo lubię bać się z Kingiem, ponieważ jest to dobrej jakości literatura. Bać się z Kingiem to jak jeździć jaguarem 🙂 Nie ma tutaj scen ociekających krwią i przemocą, a jednak dreszczyk przechodzi po plecach.
book-bindings-3176776_1920
Książka, którą wybrałam na dziś to „Przebudzenie”. Została ona napisana w 2013, ale w Polsce pojawiła się dopiero w 2015 roku. Opowiada o życiu szalonego pastora Charlesa Jacobsa, pastora, oraz Jamiego Mortona, jednego z mieszkańców małego miasteczka, w którym nauczał Jacobs. Pastor to ogromny fan elektryczności i zapalony wynalazca. Eksperymentuje z prądem, buduje maszyny. Swoją pasją próbuje zarazić dzieci uczęszczające do szkółki biblijnej. Jest również cudotwórcą. Za pomocą swoich maszyn udaje mu się przywrócić mowę bratu Jamiego, Conowi.
Pewnego dnia w tragicznym wypadku ginie żona Jacobsa wraz z ich małym dzieckiem. To sprawia, że pastor odwraca się od Boga i rozpoczyna wędrówkę po kraju ze swoimi maszynami cudów: jest twórcą obrazów na jarmarkach, krzykliwym uzdrawiaczem oraz mrocznym naukowcem poszukującym odpowiedzi na pytanie, co znajduje się po śmierci.
Jamie, podobnie jak wielu innych ludzi, jest jednym z tych, którzy zostali uzdrowieni terapią elektryczną pastora Jacobsa. Jest jednocześnie jego asystentem w jego ostatniej misji przywrócenia życia niedawno zmarłej kobiecie.Gdzie u groza? Otóż okazuje się, że nie wszyscy uzdrowieni mogą cieszyć się z cudu, którego doświadczyli, podobnie jak ci, którzy zgodzili się, aby zrobiono im fotografie.
To, co najbardziej lubię w książkach Kinga to opowieści, które pomimo że nieprawdopodobne (przecież nie da się ożywić zmarłych ) zawsze mają w sobie pewną dozę prawdopodobieństwa. Wszystkie wydarzenia zawsze opisywane są z ogromną dbałością o szczegóły: realia, przedmioty, opisy osób. Pewnie z tego powodu jego książki zajmują zazwyczaj jakieś 500 stron. Ale objętość nie jest problemem, jeżeli są one tak ciekawe, jak „Przebudzenie”. Mnie udało się przeczytać swój egzemplarz w niecałe cztery dni, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę moją pracę.
Książkę przeczytać warto, chociażby dlatego, żeby zobaczyć, czy Mistrz nie stracił formy 🙂 Opowieść wciąga na tyle, że nie zwraca się uwagi na drobne błędy w redakcji/korekcie, widoczne w momencie wprowadzania dialogów.
Autor: Stephen King
Tytuł: Przebudzenie
Tytuł oryginalny: Revival
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 536
Cena: 42 zł